Blog

DNF, czy przelanie myśli dla uspokojenia głowy.

Ten wpis ma być miejscem, w którym być może ułożę sobie pewne rzeczy w głowie. Niekoniecznie więc należy się po nim spodziewać czegoś nadmiernie odkrywczego. Nie wiem zresztą czy będzie z niego wypływać jakakolwiek teza, a już na pewno nie wiem czy te tezy będą miały wartość dla Ciebie.

Niemniej, tego właśnie potrzebuję i tak zrobię – napiszę tekst dla siebie samego. Usprawiedliwia mnie tylko to, że Marek Aureliusz robił tak samo, a że kiedyś ktoś go nie posłuchał odnośnie finalnego przeznaczenia tekstów finalnie te wywody możemy, a niekiedy nawet musimy studiować do dziś.  Jest 27 września 2020 r., a ja jestem nieco ponad 24 h po moim drugim w życiu, ale i tym miesiącu DNF. Dla tych, którzy nie znają tego skrótu wyjaśnię krótko – chodzi o to, że nie skończyłem biegu. Ultra Przesilenie było dla mnie tym razem przesileniem niewyprowadzonych z kontuzji mięśni nóg. DNF był dla mnie tym bardziej drastyczne przeżycie jeśli wziąć pod uwagę, że 24 października 2020 r. mam startować na dystansie 150 km na Łemkowynie. Ten start miał być kluczowym w tym roku, a tu niestety do tej pory pierwsza próba przekroczenia 110 km zakończyła się zejściem z trasy. Następnie próba powrotu na trasę, która dotyczyła już znacznie krótszego dystansu także nie zakończyła się inaczej. Aktualnie przechodzę najdłuższą w życiu rehabilitacje i pierwszą połączoną z diagnostyką lekarską, a nie tylko fizjoteriapią.

To przecież nie koniec świata

Wiadomo – to nie koniec świata. Po prostu nie mogę biegać. Aktualnie. Chwilowo. A przynajmniej tak zakładam. To że na koniec października miałem zaplanowane pierwsze w życiu 150 km na Łemkowynie, gdzie zaczęła się moja przygoda z ultra to w zasadzie nic czego obiektywnie rzecz ujmując nie dałoby rady przeżyć jeśli się nie wydarzy. Może nawet powinienem powiedzieć, że z tym przeżyciem różnie może być jeśli ten bieg się wydarzy, a w jego trakcie powtórzy się historia z Ultra Przesilenia, gdzie jednak okazało się, że moja kontuzja nie jest wyprowadzona na prostą. Idąc jeszcze dalej, mógłbym sobie postawić pytanie, czy kolejny DNF jest mi tak koniecznie niezbędny, że jestem w stanie go zaryzykować na trasie, która przy założeniu mojej dobrej formy była by dla mnie niezmiernie trudna, a jeśli forma nie będzie idealna to poziom trudności będzie jeszcze wyższy ?

Ha ! Ujmę to tak, nie mam odpowiedzi na żadne z tych pytań, ale wiem na pewno, że każde z nich przenika mi myśli od wczoraj i to jeszcze przed tym jak finalnie zszedłem z trasy. W zasadzie to chyba najbardziej w zejściu z trasy dręczyło mnie właśnie to, że przyjdzie mi się mierzyć z tym właśnie dylematem.

To jednak coś ważnego

Tak jak napisałem, oczywiście mam świadomość, że jest taka masa rzeczy, które są ważniejsze niż to, czy pobiegnę ŁUT150, czy nie i to szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę nie całe życie, a tylko ten rok, że nawet nie podejmuję się ich wymieniania. Niemniej jednak, z upływem lat mojego życia zaczynam dochodzić do wniosku, że życie nie działa (także) w ten sposób, że skoro są rzeczy ważniejsze niż te, które spotykają właśnie nas to nie przystoi nam się przejmować tymi, które to właśnie nas spotkały. Innymi słowy, to że są rzeczy ważniejsze dla innych, czy nawet dla ogółu nie przekreśla poziomu ważności naszych prywatnych spraw, zamierzeń czy marzeń.

W każdym razie, mam poczucie, że będzie mi niezmiernie przykro jeśli tego roku nie zwieńczę właśnie udziałem w ŁUT150 bo już nawet abstrahując wszystkich innych kwestii to ten właśnie bieg miał być swoistą celebracją zeszłorocznego stania się „ultrasem”. Jeśli dodamy do tego jeszcze jedną z moich głównych przywar, to jest to, że strasznie źle znoszę jeśli dopełniłem wszelkiej staranności – rzecz jasna w mi osiągalnym zakresie – a rzeczy wymykają mi się spod kontroli to niewątpliwie wrzesień 2020 r. nie będzie moim najszczęśliwszym miesiącem. Nie, nie żeby był to najgorszy miesiąc w moim życiu, ale jednak do najlepszych też go nie zaliczę.

Wewnętrzny lęk

Z perspektywy „tu i teraz” w moim przypadku dochodzi do tego jeszcze jedna kwestia. Niby mam już za sobą prawie dwa lata zdrowego trybu życia po tym jak dobre kilka lat od tego trybu byłem daleki to jednak gdzieś z tyłu głowy jest u mnie obawa, że przymusowe odejście od biegania spowoduje powrót do najgorszych nawyków. Zresztą ta sama obawa bywa niekiedy motorem napędowym do mojego biegania. Czasem motorem dobrym, a czasem mam nadzieję nie do końca najlepszym. W zasadzie ta obawa jest dość bezpodstawna, bo i zgodnie z zaleceniem lekarza – a może bardziej jego zgodą – na basen chodzić mogę bylebym nie pływał żabką czyli ruch mam zapewniony. Nie zmieniłem też sposobu odżywiania nawet o trochę więc i tu nie powinno być problemu. Jednak lęk pewien jest. Pewnie bezpodstawny, ale jest.

Kontroluj swoją głowę

Jakoś tak się zbiegło, że wtedy kiedy i kontuzja w moich rękach pojawiła się książka Mindfulness w bieganiu. Jak dzięki medytacyjnemu bieganiu poprawić swoją sprawność oraz stać się szczęśliwym i spełnionym autorstwa Havey Mackenzie L. Co prawda teraz zbyt wiele mindfulnessu w bieganiu nie znajdę ponieważ od 16 września nie biegałem, ale jednak w tej książce znajduję ukojenie dla moich myśli. Na szczęście uważność można znaleźć nie tylko w bieganiu, a jak zaczynam bardziej uważnie obserwować co dzieje się w mojej głowie i poza nią to jednak w większej mierze trzymam myśli na wodzy. W każdym razie, niezależnie od aktualnie czytanej lektury staram się wykorzystać ten czas jak najbardziej korzystnie w perspektywie życiowej i biegowej. Staram się ćwiczyć swoje ego, pokorę i spokój. Różnie wychodzi, ale jednak znowu ultra przywiodło mnie na mały poligon doświadczalny życia, gdzie w kontrolowanych warunkach mogę pracować nad swoimi reakcjami.

Jakby nie było ŁUT150 jak i samo bieganie nie jest dla mnie rzecz jasna kwestiami najważniejszymi na świecie, ale niewątpliwie zajmują też w moim życiu ważne miejsce „w swojej kategorii”. Z tego też powodu nie jest mi wcale tak znowu łatwo żyć z myślą, że na chwilę obecną trudno cokolwiek powiedzieć odnośnie każdej z tych kwestii. Staram się jednak uważnie obserwować ból w moich nogach licząc na to, że może bardziej dokładna obserwacja pomoże ułatwić lepszą i szybsza diagnozę, a przynajmniej da mi większe zrozumienie tej sytuacji.

Finalnie dodam, że ten wpis był w zasadzie z założenia dla mnie i jeśli nie wyciągnąłeś z niego zbyt wiele to może chociaż pozwoli Ci on lepiej odczytywać moje pozostałe wypowiedzi, myśli i spostrzeżenia. Czy tak będzie ? Trudno mi powiedzieć, chociaż mam nadzieję, że nie potraktowałeś tego co napisałem w konwencji „mój drogi pamiętniczku” bo to byłoby już dla mnie ciosem zdecydowanie większym niż dwa z rzędu DNFy ! Jeśli o mnie chodzi to pomógł mi on zrozumieć, że mam prawo do tego żeby zależało mi na rzeczach nie najważniejszych dla świata takich jak choćby moje bieganie.

Jeszcze jedno małe PS na koniec. Otóż, cała ta sytuacja z kontuzją pokazała mi, że nawet z najlepszą rzecz, jaką dalej uważam, że bieganie jest należy postępować całkiem racjonalnie bo jej przesyt nie prowadzi do niczego dobrego. Dzisiaj, 29 września 2020 r., jestem po konsultacji z ortopedą, ale przed dalszą diagnostyką. Lekarz wcale nie potraktował nadto krytycznie mojego „pomysłu” przystąpienia do ŁUT150 końcem października, przekładając jednak finalną rozmowę na temat tego na przyszły tydzień, kiedy będę miał już wyniki USG. Tymczasem, zaczynam dostrzegać coraz więcej zalet pływania i widzę całkiem duży potencjał w rozłożeniu swoich aktywności między oba te sporty !

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *