Blog

Nie jesteś nieśmiertelny.

Straszny banał, prawda ? W zasadzie co tu pisać ? Skoro zaczynam stawiać pytania retoryczne jedno za drugim to najlepszy moment żeby napisać o co w ogóle chodzi. A chodzi o kolejny truizm czyli fakt, że tak często zapominamy o braku u nas tej właśnie cechy, że „aż szkoda gadać”. Cóż, najczęściej jest tak, że podejmujemy jakaś decyzję, na początku idzie dobrze, potem lepiej lub gorzej, ale za cel honoru stawiamy sobie żeby kontynuować działanie. Często dopiero po kilku miesiącach orientujemy się, że „coś jest nie tak”, ale to i tak dobry scenariusz bo znam takich, którzy co do tego nie orientują się wcale. Czasem na taką refleksję trzeba nam więcej niż tylko kilka miesięcy, ale ten moment przyjdzie prędzej czy później nawet jeśli za wszelką cenę będziemy chcieli zignorować wszelkie symptomy i syndromy wysyłane przez świat i organizm. No chyba, że jesteś prawdziwym twardzielem wtedy dopiero śmierć może zwrócić Ci uwagę na to, że jednak nie jesteś nieśmiertelny.  dostatecznie

Kontuzja.

Do przemyśleń w tym temacie skłoniła mnie kontuzja, której „nabawiłem się” po biegu charytatywnym Mały Szlak Beskidzki 137 km w 29 h dla Filipka, o którym to projekcie możesz więcej przeczytać w dwóch innych ostatnich wpisach. Niby nic takiego się nie stało, na 107 km wraz z Tomkiem, z którym biegłem ten projekt doszliśmy do przekonania, ze moja droga się kończy. Wtedy już ewidentnie nie biegłem, a tempo mojego chodu było mówiąc delikatnie – niezadowalające. Ewidentnie coś było nie tak z moimi nogami, zresztą nie tylko – cały organizm dawał się we znaki i chyba nawet dość głośno krzyczał, że tym razem nawet przy tak ważnym celu powinienem odpuścić. Oczywiście początkowo skupultanie go ignorowałem – pierwsze poważne objawy kontuzji miałem na 60 km, a zszedłem z trasy na 107 km z 137 km po przebyciu ponad 3000 m przewyższej.

Wcześniej nie chciałem jednak odpuścić bo wydawało mi się że jest to pewien przejaw „odpuszczenia”, bo przecież noga mi nie odpadła, więc mógłbym biec dalej. Na szczęście Tomek był mniej emocjonalnie pogrożony w moich emocjach więc pomógł mi podjąć prawidłową decyzję. Pomógł mi powiedzieć stop. W każdym razie, sprawa wyglądała tak, że w sobotę i niedzielę mięśnie miałem jeszcze tak spięte po tych ponad 100 km, że nie do końca czułem co się stało i że to nie jest zwykłe „zmęczenie materiału”. W poniedziałek wiedziałem już jednak, że takiej kontuzji jak ta nie miałem od ponad półtora roku (bodaj ostatnia w marcu 2019 r.) jeśli w ogóle taką kiedykolwiek miałem. Fakt, nie jest tak, że do tej pory kontuzji przeszedłem setki, ale takiej po której nie mogłem zupełnie chodzić nie przeżyłem jak do tej pory prawie żadnej.

Walka emocjonalna.

Jeśli z czymś przegrywamy to najczęściej są to emocje własne. Może się mylę, ale tego uczą mnie moje doświadczenia. Kontuzja zwyczajna rzecz ! Pewnie tak właśnie powiesz. Nie uwierzysz jednak ile emocji potrafi wzbudzić w głowie sportowca amatora, który „tyle co” dzięki bieganiu schudł ponad 20 kg i to w pół roku, rzucił palenie, został weganinem i – co akurat nie mi pozostaje do ostatecznej oceny – stał się jednak zdecydowanie bardziej „przyjezdny dla środowiska” ludzi który go otaczają niż był wcześniej mimo, że daleki jest od ideału. Z jednej strony wiedziałem, że powinienem odpuścić bo przecież mam kontuzję, jednak z drugiej – „coś” nie pozwalało mi zrobić przerwy w bieganiu, które konsekwentnie realizowałem wedle swojego planu. Na szczęście organizm okazał się być mądrzejszy od właściciela i zintensyfikował ból na tyle, że jednak zdecydowałem się „odpuścić”.

Najgorsze było jednak to, że gdy już lekko ochłonąłem z fizycznego bólu, który jest jak na razie dla mnie nieodłączną częścią biegów ultra to w głowie urodziła się po raz kolejny myśl, że przecież nie „nogi mi nie urwało” więc jednak musiałem „odpuścić”. Potrzebne mi było kilka dni uporu, które zakończyły się pogłębieniem kontuzji i wizyty u mojego fizjoterapeuty, który powiedział, że może być – lekko parafrazując jego słowa – niedobrze z nogą. Wtedy faktem jest, że dotarło do mnie, że niczego nie odpuściłem, a finalnie, że nie jestem nieśmiertelny.

Życie.

W życiu też tak czasem bywa, że jak „zafiksujemy” się na pewne rzeczy to co by się nie działo będziemy je chcieli realizować kosztem wszystkiego w koło i niezależnie od kosztów jakie w zwiąż tym poniesiemy. Dla mnie najlepszym przykładem tego była jakiś czas temu praca jako prawnik. Jeszcze przed założeniem własnej Kancelarii można śmiało powiedzieć, że potrafiłem w tygodniu zrobić nadgodziny do dwóch etatów, bo do trzech raczej nie dobijałem. Mówiąc krótko, ilość godzin, które rzekomo Elon Mask poświęca obecnie na pracę tygodniowo, czyli 140 ja bez wątpienia osiągałem w latach 2013 – 2014. Żeby było śmieszniej – forma mojej współpracy z Kancelarią, z którą wówczas współpracowałem była tego rodzaju, że te nadgodziny były dla mnie nijak punktowane i dawać mogły mi tylko nieprzespane noce, zmęczenie i ogólne przeciwieństwo dobrostanu. No dobra, może przesadzam – Klienci byli zadowoleni co pozwoliło mi potem otworzyć własną Kancelarię, ale na tym się sprawa „pozytywów” kończyła.

Kiedy zacząłem „na poważnie” prowadzić własną Kancelarię oraz zrezygnowałem ze współpracy z inną, w głowie urodził mi się koncept, że powinien pracować więcej bo na pewno będą tego wymierne rezultaty. Wcześniej, w moim poczuciu przecież tak to działało. Czy realnie, to inna sprawa, ale w mojej głowie, ewidentnie tak właśnie było. Dobra trzy lata pracowałem, pracowałem i jeszcze raz pracowałem. Byłem wręcz przekonany, że muszę chyba pracować za mało bo przecież nie mam jeszcze tych rezultatów, których – co symptomatyczne – celem miałoby być „oderwanie Kancelarii od mnie” i stworzenie „większego bytu”, którym miałem zarządzać jednocześnie zajmując się merytorycznie tymi kwestiami, które uznam za najbardziej dla mnie interesujące zawodowo.

Także tu, to właśnie organizm „pięknie” pokazał mi, że powinienem coś zmienić. Nie, nie będzie to straszna historia z zawałem w tle. Nie rozwinę jednak jeszcze nawet przesadnie wątku co takiego się wtedy działo w mojej głowie bo nie czuję się  na to gotowy. Mogę natomiast powiedzieć, że wypalenie zawodowe to coś co znam już nawet z autopsji, a długofalowe pracowanie „więcej” prowadzi do niczego innego jak tylko błędy, frustracja i zniechęcenie.

Ostatnio, w jednym z podcaście Pracuj mniej usłyszałem o koncepcie nieświadomego pracowania mniej, czyli tego stanu, w którym wszystko co robisz nie jest ani nawet w połowie tak efektywne jakby być mogło. W każdym razie, padło tam też rzekome – nie sprawdzałem, czy nie jest to aby fake –  przysłowie, które da się zastosować do wielu sytuacji w tym także do tej konkretnej. Jego konstrukcja jest zresztą bardzo prosta i brzmi: im więcej ….. tym więcej …… . Sęk w tym, że przysłowie to należy realnie wypełnić w kontekście dla przykładu pracy w następujący sposób: im więcej pracy tym więcej pracy. Cóż więc z tego, że zwiększę ilość pracy ? Jeśli robię to źle to wyniknie z tego nie więcej niż tyle, że zwiększyłem ilość tejże. Zależność, której byśmy chcieli czyli na przykład: im więcej pracy tym więcej pieniędzy jest bowiem co prawda prawdopodobna, ale w żadnej mierze nie jest pewna.

Wnioski.

Tym razem wedle przekazu z przytoczonego przysłowia nie będę pisał wielostronicowego tekstu. Im więcej tekstu tym więcej tekstu bowiem. Zresztą, po mocnej promocji zbiórki dla Filipka mam potrzebę nieco odpocząć od Internetu. Nie wiem jak długa będzie to potrzeba, ale ewidentnie ona zaistniała. Konkluzja jest natomiast jeszcze bardziej oczywista niż sam tytuł tego tekstu. Nie jest sztuką bezrefleksyjnie bez końca powtarzać dane działanie licząc na to, że kiedyś przyniesie ono oczekiwany rezultat. Sztuką jest podjąć decyzję, czy aby na pewno będzie dla mnie czy też dla innych dobrym jeśli dalej będę daną rzeczy wykonywał tak samo, a może jednak lepiej będzie ją zmodyfikować, zakończyć lub czasowo przerwać. Kończąc ten tekst z wykorzystaniem powyższego przysłowie na koniec powiem tylko, że oczywistym jest przecież to, że im więcej będziesz miał uporu w realizacji wcześniej obranego planu tym więcej będziesz miał …. Uporu w realizacji wcześniej obranego planu. Niestety, nie jest to równoznaczne z tym, że wykonasz go lepiej, szybciej, czy nawet wcale  więc może lepiej czasem zatrzymać się, zastanowić, przemyśleć, poprawić skorygować itp.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *