Blog

Czy porażka zawsze oznacza klęskę, czyli Mały Szlak Beskidzki 137 km w 29 h wykonany, ale nie przeze mnie

Nie będzie raczej zaskoczeniem, że po indywidualnym charytatywnym projekcie biegowym dla Filipka https://zrzutka.pl/filip-maly-wojownik-walczy-o-zdrowie pojawi się kilka, a może nawet kilka tysięcy słów o tym biegu. Nawet przecież w tej formule, w której go nie ukończyłem zajął mi on ponad 18 h więc jest o czym napisać ! Żeby jednak przesadnie nie rozbudowywać treści jeszcze na samym początku przypomnę, że zbiórka na Filipka jeszcze trwa, więc użycie linka powyżej jest wysoce rekomendowane.

Dla tych, którzy tę historię słyszeli już w podcaście, albo którzy w podcaście dopiero zamierzają ją wysłuchać dodam, że mogą pojawiać się między obiema wersjami pewne rozbieżności. Nie będą to jednak przekłamania, a raczej kwestia tego, że podcast powstawał w niedzielny poranek, gdzie bieg także dla mnie skończył się w sobotę. Wpis powstawał natomiast później, więc pewne rzeczy być może nieco się „zaciemniły”, a inne znowu nabrały kolorów.

Dlaczego zdecydowaliśmy się pobiec

Tak dla przypomnienia, bo przecież nie będzie to bez znaczenia dla dalszej części historii. Kulisy biegu były dość trywialne, Tomek, który finalnie trasę ukończył pewnego dnia zaproponował mi żebyśmy się wybrali na samotny bieg przez Mały Szlak Beskidzki, którego długość wynosi około 137 km. Może nie od razu, ale bardzo szybko się zgodziłem – była to zresztą kwestia zgrania terminów, a nie niechęci do wzięcia udziału w wyprawie. Pierwotnie mieliśmy biec końcem września, ale ze względu na przełożenie terminu Biegu 7 Dolin, na który byłem zapisany finalnie ustaliliśmy datę naszego wyzwania na 11-12 września 2020 r. W mojej głowie urodził się też pomysł, żeby nie był to zwykły bieg, a żeby dołożyć do niego element charytatywny. Ze względu na fakt, że wśród znajomych Tomka jest rodzina, która potrzebuje pomocy w zbiórce na leczenie i rehabilitację małego Filipka zdecydowaliśmy się ten bieg dedykować właśnie jemu i pomóc w zbiórce na ten właśnie cel ! Odpowiadając jednak na pytanie dlaczego zdecydowałem się pobiec tę trasę mogę nieco zniszczyć Wasze wyobrażenia na temat heroizmu całej sytuacji. Zakładałem po prostu, że będzie to świetna zabawa, która dodatkowo może być jeszcze czymś więcej jeśli kwestie charytatywne zrealizujemy zgodnie z założeniami ! Tym samym, pobiegłem tę trasę bo nadarzyła się sposobność, a było to tym ważniejsze, że mogliśmy jeszcze komuś pomóc poprzez nasz bieg.

Przygotowania

Czasami, gdy patrzymy na cudze działania, czyny zapominamy o tym, że są one poprzedzone przygotowaniami. Dlatego właśnie tym bardziej chce o tym elemencie wspomnieć, bo zajął on znacznie więcej niż sam bieg. Kompetencje w ramach przygotowań przedbiegowych podzieliliśmy z Tomkiem między siebie. Tomek miał się zająć logistyką, a ja miałem „ogarnąć” social media. W zasadzie z mojej perspektywy podział był dość oczywisty – Tomek zawsze w kwestiach logistyki był dobry, a ja od jakiegoś czasu odkrywam w sobie potencjał do działania w social mediach. Miejscami jedynie każdy z nas musiał zrobić coś „nie ze swojej” bajki co zakładam dla obu stron było porównywalnie ciężkie i dyskomfortowe. Jeśli jednak trzeba to trzeba i nie było tu dyskusji !

Myślę, że ten czas upłynął obustronne dość owocnie, bo co prawda nie jestem w stanie ocenić poziomu logistycznego ogarnięcia biegu przez Tomka, ale mam wrażenie, że do momentu, w którym logistyka ta nie dotyczyła spakowania mojego plecaka, z czym Tomek nie miał większej styczności wszystko było bardzo dobrze zaplanowane i zorganizowane. Jeśli chodzi o social media i promocja samej zbiórki na leczenie i rehabilitację poprzez nasz bieg nie chcę podejmować się z oczywistych przyczyn oceny zostawiając ją w całości Wam. Z kwestii, które ewidentnie można było poprawić to promocja konkursu – na to widać brakło sił, ale też skromnego budżetu na całe przedsięwzięcie, który i tak został wielokrotnie przekroczony. Tu jeszcze wspomnę, że za social media w podziale między mnie a Tomka odpowiadać miałem ja, ale ewidentnie część moich obowiązków przyjęła Aga ponieważ moją mocną stroną nie jest na pewno tworzenie nawet najprostszych stron na WordPressie, co akurat Adze przychodzi z łatwości. Bez wątpienia też pomogła mi ona z promocją wydarzenia w mediach społecznościowych i milionie innych kwestii !
Sprawa jednak nie wyglądała tak prosto jak się wydaje ponieważ po zmianie terminu biegu z 25-26 września 2020 r. na 11-12 września 2020 r. zostało naprawdę mało czasu szczególnie na tworzenie dłuższego kontentu takiego jak artykuł o biegu na Ultra Życie, czy artykuł na Runandtravel. Finalnie jednak chyba wszystko zrobione było co najmniej optymalnie ponieważ całkiem sporo osób nie tylko zgodziło się objąć akcję patronatem, ale też samodzielnie to zaproponowało ! Rzecz jasna, każdą osobę trzeba było „sprawdzić” co do jej transparentności jeśli nie znałem jej wcześniej, a tu już nie do końca wiedziałem jak się to robi. Niemniej jednak, jestem przekonany, że wszyscy Patroni naszej akcji to dobrzy ludzie ze szczerym sercem ! Ot co ! Grono Patronów wydaje mi się więc być idealnie dobrane po finalnej selekcji i grzechem by było nie przedstawić go tu: Anna Kitowska – Biegaj Zdrowo z Kitą, Tadeusz Szczęściarz Kozieł, Andrzej Bąk, Fit za biurkiem, Najlepsze polskie podcasty, Biegam w Rzeszowie, runandtravel.pl, Nasza Orkiestra Serdecznej Pomocy.

Wracając jednak do logistyki to w moim przypadku okazała się ona znacznie trudniejsza niż przypuszczałem. Wspominałem już, że należę do osób, które dość minimalistycznie podchodzą do kwestii sprzętowej i jak się finalnie okazało na taki bieg praktycznie we wszystko musiałem wyposażyć się od nowa w kontekście biegu w formule self-support na dystansie 137 km, który miał trwać ponad jedną dobę ! Wyjaśnię tylko, że magia formuły self – suport finalnie polega na tym, że na własnych plecach nosisz wszystko to co chcesz wykorzystać na trasie, a uzupełniać prowiant i inne rzeczy możesz też wyłącznie samodzielnie w punktach mniej lub bardziej na tej trasie się znajdujących, do których jednak zawsze musisz samodzielnie dotrzeć ! W każdym razie okazało się, że mój plecak jest za mały, a połowa rzeczy musi być kupiona specjalnie pod ten bieg bo jednak musi być ona zdecydowanie lżejsza od tego co posiadałem. Niestety, w życiu przeszedłem wiele szkoleń, ale takiego z bycia tragarzem nie uwzględniłem w grafiku przez co przy moich 60 kg wagi raczej nie miałęm co liczyć, że udźwignę 20 paro kilogramowy ekwipunek. Finalnie i tak po przygotowaniu całości oraz po pierwszej pieszej przebieżce z nowym 20 l plecakiem okazało się, że po pierwsze pogłębiłem swoją kontuzję, którą miałem nadzieję wyleczyć przed biegiem. Musiałem więc dalej powymieniać część rzeczy na lżejsze, a z częścią się rozstać. Nie wiem czy w takim samym zakresie, ale na pewno do podobnej konkluzji doszedł Tomek.

Do startu, gotowi ….

Biec mieliśmy od piątku 11 września 2020 r. od godziny 5:00 do momentu aż skończymy przy czym założeniem było żeby zmieścić się w 29 h. Wyjaśnię od raz skąd wzięło się 29 h. Otóż Tomek przedstawiając sam pomysł powiedział, że na jego analizę dobrze byłoby zamknąć się w 30 h. Ja natomiast od razu pół żartem powiedziałem, że jeśli ma to rozpalać wyobraźnie w kontekście charytatywny to musimy zrobić ten projekt w godzinę mniej bo jednak 29 h, a 30 h wygląda zgoła inaczej. Tak już zostało. Ze względu na to, że samo bieganie przez więcej niż 24 godziny jest jednak mocno wycieńczające, nie mówiąc już nawet o takim bieganiu w sytuacji, gdy wcześniej nie spało się niemal drugie tyle (co wiem bo próbowałem już w tej konwencji na Duchu Pogórza) to w Bielsko – Białej byliśmy w czwartek wieczorem. Nie przymierzając o 22:30 udało nam się ogarnąć i zbierać do spania bo pobudkę mieliśmy około 4:00. Ja nieco wcześniej, ale tak to już jest jak w planach przed biegiem masz jeszcze medytację.

Początek biegu zaczął się jednak nieco inaczej niż przy „regularnych” startach i ponieważ nie musieliśny być na żadną konkretną godzinę to finalnie w hotelu wyszliśmy o 5:10. Do początku Małego Szlaku Beskidzkiego mieliśmy około 3 km więc start naszej podróży miał miejsce o 5:35 skrzętnie ogłosiłem jeszcze w social mediach, bo późniejsze wpisy przejmowała Aga, której miałem jedynie wysyłać zdjęcia i głosowo przekazywać krótki opis sytuacji.

…. Start

Od razu zastrzegam, że kwiecistych opisów jak w Nad Niemnem (co wiem ze słyszenia, bo przyznając się publicznie – nigdy nie czytałem) nie spotkasz w dalszej części wpisu. Co prawda będę prowadził Cię trasą opowiadając o niej, ale jednak jak zawsze skupię się na psychicznych aspektach całości i będę chciał wyciągać z tych doświadczeń w – jakby nie było – szklarnianych warunkach wnioski dotyczące nieco szerszych aspektów życia niż tylko bieganie. I tak, podkreślę, nie pomyliłem się, biegi ultra faktycznie uważam za szklarniane warunki jeśli porównać je z prozą życia ! Opowieść będzie też z mojej perspektywy – co prawda z Tomkiem rozmawiałem bardzo dużo podczas biegu to jednak trudno byłoby mi opis co działo się u niego w głowie – jakby to ująć: nie było mnie w niej przecież.

Straconka

Start był w Straconce pod kościołem. Żeby było zabawniej pierwsze co się stało to zbłądziliśmy – przeoczyliśmy boczną uliczkę, w która trzeba było skręcić. Nie było to jednak duże nadrobienie kilometrów szczególnie jeśli wziąć pod uwagę cały dystans. Początek trasy był bardzo emocjonujący, ale też wiele się w jego trakcie nie wydarzyło poza tym, że liczyliśmy na to, że nie trzeba będzie włączać czołówek, a okazało się to jednak konieczne ponieważ w Bielsku – Białej słońce wschodzi jednak nieco później niż w Rzeszowie, a jeśli jednak dodatkowo trasę zaczynasz biegiem przez las to możesz liczyć się z tym, że na sprawę warto będzie rzucić nieco więcej światła.

Z rzeczy bardziej ogólnych powiem może tylko tyle, że jak bieg w ciemnościach po lesie do tej pory stwarzał mi duży problem, bo jakoś tak podskórnie obawiałem się dzików, odyńców (dla niewtajemniczonych – taki jeszcze większy dzik), niedźwiedzi czy wilków to teraz biegło mi się już w zasadzie bez problemu. Tu wydaje mi się, że nie ma żadnej „magicznej recepty” innej niż ta najbardziej zwykła, którą można sprowadzić do stwierdzenia, że praktyka czyni mistrza. Innymi słowy, im więcej biegam po lasach tym bardziej mam poczucie, że jednak ani ja nie stwarzam zagrożenia dla żyjących tam zwierząt, ani one dla mnie. Oczywiście nie jest to teza absolutna i rzecz jasna zachowuje ostrożność, ale jednak za każdym kolejnym biegiem w lesie czuję się co raz bardziej bezpiecznie.

Krzyż na szczycie Hrobaczej Łaki

Choć cała trasa była przepiękna to jednak nie będę jej opisywał, aż tak szczegółowo żebyś miał poczucie jakbyś biegł razem z nami. Pewnie bym tak zrobił, gdybym był mistrzem opisów i narracji, ale na ten moment nie jestem. Z tego powodu teraz jedynie krótko powiem Ci o kolejnym punkcie na trasie, którym był Krzyż na szczycie Hrobaczej Łaki. To pierwszy moment, kiedy mogliśmy już w blasku słońca spojrzeć na okolicę i zobaczyć jej piękno. Co prawda, wtedy jeszcze sporą część widoku stanowiło miasto – Bielsko – Biała, ale i tak było przepięknie. Stąd też powstała pierwsza relacja z naszego biegu, która odda to co mógłbym nieudolnie pisać znacznie lepiej obrazem.

Zapora w Międzybrodziu

Tu w zasadzie nie będzie dłuższej historii niż ta powyżej bo ani przez zaporę w Międzybrodziu nie biegliśmy długo, ani nic szczególnego się tam nie wydarzyło poza może tym, że zjedliśmy tam pierwsze przekąski regeneracyjne. Była też mgła, a my mieliśmy niebawem wbiegać do lasu. Na razie było wszystko w porządku. Pamiętam, że wtedy uświadomiłem sobie jakoś bardziej, że biegnę z kontuzją. Byłem jednak przekonany, że jest ona totalnie nieznaczna i już przecież nie z takimi kontuzjami biegałem więc cóż miałoby się stać kiedy przecież „wszystko mam pod kontrolą” ? Tak też niewątpliwie było, a przynajmniej na tym kilometrze. Po przejściu zapory w lesie biegliśmy dalej.

Góra Żar

Było co raz widniej, co raz wyżej i co raz piękniej. W końcu byliśmy na szczycie góry Żar ! Tam okazało się, że bynajmniej nie jesteśmy pierwszymi, którzy na nią dzisiaj weszli, chociaż też pewności co do tego mieć nie będę miał, czy „ekipa”, którą tam spotkaliśmy weszła tam tego dnia, czy może poprzedniego. Na szczycie spotkaliśmy bowiem trzech przemiłych chłopców w kwiecie wieku, którzy prężąc mięśnie w kierunku wschodzącego słońca wykrzykiwali „plemienne okrzyki” ich ukochanego klubu piłkarskiego. Trochę obawy było, szczególnie jak zobaczyliśmy, że to wszystko odbywa się pod wpływem „eliksirów”, które ożywiają większość takich „tańców plemiennych”, ale …. Okazało się, że nawet niewinne pytanie Tomka, w której lidze jest ich ukochany zespół nie był dla nich problemem. Widocznie góry jednak potrafią korzystnie wpływać na obyczaje. W zasadzie nawet chwile porozmawialiśmy i dowiedzieliśmy się, że wyszli z domu 3 dni temu i idą przed siebie chociaż na razie nie zastanawiali się nad tym gdzie konkretnie, ani jak długo. Jak się okazuje jedynie wydawało mi się, że pokolenie beatników jak z powieści Karuacka to raczej nie ten kontynent, a już na pewno nie ten wiek, bo zdecydowanie ten poprzedni, ale jak się okazuje i dzisiaj też „dzieją się takie historie”. Wszystko finalnie zakończyło się dobrze, bo i my zrobiliśmy im zdjęcia (chociaż nie wiedzieć czemu chcieli akurat uwiecznić plecy) i oni nam takowe zrobili po wszystkim oddając nam nasze telefony i to bez „proszenia”. W między czasie jeszcze kilku turystów w białych koszulach i ekskluzywnych samochodach wjechało pooglądać widoki. Każdy jednak nieinwazyjnie dla innych opuścił górę Żor i udał się w swoją drogę, a w ramach tej drogi warto też żebyś zobaczył sztuczny zbiornik, który na górze Żor jest jednak lepiej ogląda się go z kolejnego wzniesienia.

Schronisko Laskowiec

Ok to tu pierwszy raz miałem chwilę zwątpienia. Ja rozumiem, że nie każdy musi nawet tolerować wegan, a takich „bezcukrowych” to już całkiem, ale weganizm, czy wegetarianizm powoli staje się tym, co mocno wiąże się z górami, bieganiem, czyli wszystkim tym, co powinno znajdować wsparcie właśnie w takich miejscach jak schroniska górskie. Nie żebym chciał krytykować, bo przecież równie dobrze mógłby wypowiedzieć się tu jakiś orędownik diety mięsnej mówiąc niemal dosłownie to samo, ale gdy dowiedziałem się, że z wegańskiego jedzenia w schronisku górskim mogę liczyć co najwyżej na frytki trochę rozczarowany byłem.

„Pal sześć” jednak rozczarowanie światopoglądowe, bo to akurat nie miało znaczenia, ale duże znaczenie miało to jak wielu składników odżywczych można spodziewać się po frytkach. Tu pojawił się pierwszy problem z formułą self – suportu bo wychodziło na to, że nawet nie bardzo mam jak zjeść coś ciepłego co jednak przy ponad dobowym biegu może mieć znaczenie ! Przeszło mi nawet przez myśl, żeby przez chwilę stać się wegetarianinem, ale tę myśl akurat szybko odrzuciłem. Nie jest tak, że należy swoje postanowienia porzucać przy pierwszej trudności, choć jak się okazało potem niektóre z nich można porzucić przy którejś kolejnej, gdy brakuje już sił.

Samo schronisko jedna było bardzo sympatyczne, czuć było dużą dbałość o detale co widać niewątpliwie na załączonych zdjęciach ! Tak wspominałem, nie jestem mistrzem opisów, więc wszystkie detale i wykończenia masz poniżej na zdjęciu.

Ze schroniska wyruszyliśmy beztrosko w dalszą drogę i nie przekłamując to choć faktem jest, że delikatnie czułem kontuzję lewej nogi to jednak nie miałem nawet cienia wątpliwości, że nie będzie to miało większego znaczenia ! Wiadomo, że biegając ultra nie jest kwestią czy będzie boleć, a kiedy i co tym razem ! Tu nawet tej wątpliwości nie miałem, bo od samego początku odczuwałem, o czym już wspominałem, delikatny ból w lewym kolanie, które jakiś czas temu lekko kontuzjowałem, a którego kontuzję pogłębiłem na dwa dni przed startem testując nowy plecach z pełnym obciążeniem, czyli w pierwotnej wersji. Dalej jednak nie było większych problemów. Oczywiście trasa była przepiękna co najlepiej będzie jeśli zobaczycie na zdjęciach, a nie oczami wyobraźni po lekturze mojego wpisu ! Niemniej jednak, powoli kolano dawało się we znaki, a dodatkowo czułem, że przydałby mi się jakichkolwiek ciepły posiłek bo jednak przy takim obciążeniu jak miałem na plecach energię przepalałem szybciej niż na normalnych biegach ultra. Tomek natomiast miał się – na moje oko świetnie – i pewnie byłby w stanie znacząco przyspieszyć, gdy nie moja zaczynająca się powoli niedyspozycja.

Żeby jednak nie wybrzmiało to jakoś tragicznie. Na tamten moment było całkiem znośnie. Jakieś pierwsze syndromy, czy symptomy problemów czułem, ale wydawały mi się one zupełnie normalne. Co więcej, wtedy też pojawiły się całkiem zabawne momenty takiej jak „(K) rzeszów Centrum”! O dziwo jednak to właśnie w tej miejscowości jedyny raz na całej trasie ktoś miał do nas tak zwane „ale” ! Dwóch około 20 letnich wysportowanych panów przemierzających miasto bez koszulek postanowiło sympatycznie przywitać nas słowami „pedały” i choć z mojej perspektywy nie jest to nic obraźliwego to jednak można było mieć wrażenie, że w ich zamyśle było wręcz przeciwnie !

Zembrzyce

Na naszej trasie kolejnym punktem były Zembrzyce – ostatni kontakt z cywilizacją przed dalszymi 35 km biegu. Tu trafiliśmy nawet na peleton wyścigu kolarskiego przed którym na szczęście dotarliśmy do sklepu przez co nie straciliśmy zbędnie czasu na oczekiwanie, aż przejedzie on przez miasto. W sklepie niby to normalne zakupy – coś do jedzenia, woda, Tomek kupił jeszcze kilka rzeczy, których bezcukrowi weganie nie jedzą. Niby wszystko pod kontrolą, ale jednak podczas tego ostatniego większego posiłku okazało się, że gdybyśmy na trasie byli za tydzień to kupione przeze mnie banany akurat by dojrzały, ale niestety orzechy byłyby już całkowicie do wyrzucenia jeśli same nie wyszłyby ze sklepu wcześniej. Innymi słowy, chyba nie do końca trafiłem z posiłkiem, ale nie przypuszczałem, że może to mieć większe znaczenie. Na takiej trasie i około 60 km sprawa wygląda zresztą chyba w znacznej mierze tak, że człowiek nie wybrzydza i je co jest, a że akurat to co było mogło mieć duże znaczenie dla późniejszych problemów to … inna sprawa, o której zupełnie nie myślałem. Po około 30 minutach poświęconych na jedzenie i uzupełnianie zapasów wyruszyliśmy dalej.

To właśnie teraz zaczęły się moje problemy. Początkowo wydawało mi się, że źle mi się biegnie bo zjadłem nieco za dużo, ale później wiedziałem już, że musi chodzić o coś inne. Pierwszy raz w życiu na trasie zacząłem mieć problemy żołądkowe, a do tego kontuzja lewego kolana zaczęła się co raz dotkliwiej odzywać. Moje tempo biegowe znacząco spadło, a nawet można powiedzieć, że przez dłuższą chwilę przestałem biec wcale. W mojej głowie pojawiły się obawy, że tym razem może nie pójść zgodnie z moim planem i mogę tego biegu nie ukończyć ….

Ok to nie tak, że to był pierwszy kryzys jaki kiedykolwiek w biegu przechodziłem, ale ewidentnie jeszcze takiego nie miałem. Raz kontuzja, dwa problemy żołądkowe, trzy w formule self – suport plecak jednak zdecydowanie bardziej „ciąży” niż na zorganizowanych biegach. Coś było ewidentnie nie tak, a najgorsze w tym było to, że nie wiedziałem co z tym zrobić szczególnie, gdy wszystko to pojawiło się na raz. Tomek próbował mnie wyprowadzić z tego problemu, który był aż nadto zauważalny i dobrym i groźnym słowem i zagadywaniem i milczeniem, ale jakoś średnio to działało kiedy nie byłem w stanie zapanować nad żołądkiem.
W głowie miałem ewidentnie za dużo myśli i nie do końca wiedząc jak sobie poradzić z dwoma nieco rozbieżnymi celami to jest ukończenie biegu i zrealizowanie projektu czyli skończeniem trasy w 29 h. Postanowiłem więc poprosić Tomka, żeby w Myślenicach ocenił mnie obiektywnie czy dam rady przebiec dalszą część trasy. Przez kolejne 10 km powoli sobie truchtałem i dawałem wyraz swoim problemom żołądkowym, choć tym akurat starałem się nie zaproblemiać Tomka przesadnie. Gdzieś około 10 km przed kolejnym punktem zaopatrzeniowym odzyskałem jednak na szczęście w dużej mierze sprawność ! W między czasie Tomek przekonał mnie też żebym jednak w tej konkretnej sytuacji nagiął swoje zasady i poczęstował się jego „cukrowymi” elektrolitami, co bez wątpienia na tamten moment pomogło chociaż teraz zastanawiam się jak finalnie na mnie wpłynęło. Na tamten moment Tomek miał jednak niewątpliwie rację bo wtedy tego właśnie było mi trzeba i faktycznie zrobiło to sporą robotę ! Teraz wiem, że są i bezcukrowe elektrolity w tabletkach i takie właśnie wezmę ze sobą na Łemkowynę 150 km, która czeka mnie już końcem października tego roku ! Nie jest to wielkim odkryciem, ale czasem jest tak, że człowiekowi zabraknie podstawowej wiedzy i ma to potem „różne” skutki.

Myślenice

Kolejny „chack point”, który mieliśmy w planie to Myślenice. W zasadzie całkiem spore miasto, a zawodowo powiem, że z bardzo ładnym Sądem Rejonowym (a przynajmniej od zewnątrz i w nocy, bo tak go widzieliśmy). Tu zrobiliśmy naprawdę sporo kilometrów ponieważ …. Chciałem w końcu zjeść jakiś wegański ciepły posiłek. Nie wiem jak Twój organizm, ale mój ma takie oczekiwanie, żeby raz dziennie dostarczy się mu do jedzenia coś ciepłego i naprawdę trudno jest mu funkcjonować bez tego elementu. Tu jednak kolejne rozczarowanie. Dopiero w trzecim punkcie udało się znaleźć jedzenie dla mnie i przez to wszystko nadrobiliśmy jakieś dodatkowych 5 km ! Niby nic, ale jednak całkiem sporo niepotrzebnego zużywania energii ! Co gorsza, kiedy już dostałem jedzenie okazało się zimne, a kiedy poprosiłem o jego odgrzanie dostałem je już przesadnie podgrzane mówiąc eufemistycznie, a mówiąc wprost – lekko spalone. To był kolejny moment, który finalnie okazało się miał znaczenie ponieważ niebawem miałem mieć kolejne problemy żołądkowe ! Niemniej, w samych Myśleniacach było bardzo zabawnie, a Tomek dodatkowo zrobił mi „metę” na moje najszybsze 100 km, które tam właśnie przekraczaliśmy po dołożeniu całkiem sporego dystansu w poszukiwaniu wegańskiego jedzenia.

Początek dalszej części trasy był zresztą też zabawny. Wychodząc z miasta spotkaliśmy „ekipę” 16 latków, którzy robili sobie typowe piątkowe „bezalkoholowe ognisko”, którzy siedzieli z pewnością nie pierwszy raz w tym miejscu, a nie potrafili nam powiedzieć, w którą stronę biegnie czerwony szlak, którego w nocy nie było tam najlepiej widać, ale w dzień z pewnością był widoczny bez żadnego problemu. Zaoferowali nam jednak genialne rozwiązanie, czyli włączenie z Google Maps zapominając niestety o tym, że taka mapa ma jednak pewną skalę przez co nie koniecznie da się nią z łatwością nawigować co do metra w środku lasu. Finalnie jednak sami znaleźliśmy drogę i pobiegliśmy dalej. Dodam tylko, że z Myślenic wybiegliśmy my po 22:00 ale byliśmy w nich niemal zgodnie z planem bo tuż po 21:00.

Początek dalszej trasy przebiegał dobrze, choć bez rewelacji. Choć nie byłem w pełni sił to jednak kontuzja aż tak strasznie jak około 70 km nie przeszkadzała. Po Myślenicach zaczęły się jednak co raz większe wzniesienia, a mi niestety po jakimś czasie „przywróciły się” problemy żołądkowe i zintensyfikowały się te z lewym kolanem. Moje tempo biegu drastycznie spadło. Zacząłem iść, a przy zbiegach było jeszcze gorzej. Pierwsze parę km obaj z Tomkiem nie poruszaliśmy tego tematu wierząc, że może sytuacja się poprawi, ale około 100 km trasy temat musiał już wypłynąć ponieważ zacząłem tak spowalniać nasz bieg, że stawało się wątpliwym, czy finalnie w ogóle go ukończymy biorąc pod uwagę, że dwa największe przewyższenia, w tym góra Luboń, były jeszcze przed nami i trzeba było zakładać, że mogą one zając całkiem sporo czasu ! Temat więc znowu „wypłynął” szczególnie, że na około 107 km powyżej Kosiny miał się do nas na ostatnie 30 km dołączyć brat Tomka – Michał ! Tu już raczej nie było większej dyskusji co do tego czy powinienem zejść z trasy. Niestety źle to wyglądało i to na wszystkich płaszczyznach. Tempo fatalne, problemy z nogą i żołądkiem. Gdyby to były „pozytywy” to można by było spytać: „czego chcieć więcej?”. Niemniej, nie były to jednak w żadnej mierze pozytywne informacje, ani odczucia. Przez chwilę Tomek wręcz proponował mi żebym zatrzymał się w będącym na trasie Schronisku PTTK Kadłucze, ale z jednej strony udało mi się go uprosić żebym kontynuował bieg co najmniej do 107 km (dobra, po prostu o to poprosiłem, nie było większej dyskusji – zrozumiał moje emocje od razu), a finalnie okazało się, że schronisko jest pozamykane na cztery spusty o godzinie 2 w nocy.

DNF, czyli did not finisz

Około 104 km dołączył do nas brat Tomka. Było już wiadomo, że „schodzę z trasy” i że on pobiegnie z Tomkiem końcówkę, a ja zostanę w jego samochodzie, gdzie nieco odeśpię, a finalnie zjadę do Rabki Zdrój i poczekam na chłopaków. Czułem się co najmniej mocno podłamany psychicznie, a jedyne co trzymało mnie w ryzach to to, że jednak projekt polegał na przebiegnięciu Małego Szlaku Beskidzkiego w 29 h co mogło się na tamtą chwilę udać już wyłącznie Tomkowi. Tak przynajmniej obaj czuliśmy wtedy. Ja rokowałem, jeśli w ogóle, na 33, może nawet 35 godzin. Gdy więc dobiegliśmy do samochodu Michała, ja w nim zostałem, a chłopaki pobiegli dalej !

Mały Szlak Beskidzki w 29 h !

Jak to jest przebiec Mały Szlak Beskidzki szybciej niż się zakładało o prawie dwie godziny ? Tego na chwilę obecną nie wiem, ale wie to Tomek ! Może kiedyś o tym opowie, chociaż jak na razie ustaliliśmy, że nie do końca chce uzewnętrzniać się w Internecie co ewidentnie szanuję ! I tak zrobił w ramach „sociali” więcej niż się umawialiśmy ! W każdym razie chce tu podkreślić, że Tomek przebiegłby cała trasę zdecydowanie szybciej niż w 27:15 h gdybym go nie spowalniał, bo naprawdę ma siły w nogach co niemiara ! Gratuluję mu bardzo i chylę czoła ! Ja natomiast Mały Szlak Beskidzki wpisałem już w kalendarz na przyszły rok bo nie zostawię tego w ten sposób, że nie widziałem jego ostatnich 30 km !

Porażka ?

Czy to była porażka ? W końcu pierwszy raz zaliczyłem DNF, czyli nieukończenie trasy więc coś musi być na rzeczy. Ująłbym to jednak w tych kategoriach – raczej była to przegrana bitwa przy wygranej wojnie niż cokolwiek innego. Przede wszystkim był cel ukończenia projektu dla Filipka i ten cel został osiągnięty. Dokonał tego Tomek, ale ja przynajmniej mu w tym nie przeszkodziłem co jednak mogłem zrobić bo wiadomo – każdy ma swoje ego !

Czy jestem zadowolony ? Z tego, że nie przebiegłem na pewno nie ! Tu nie będę Cię oszukiwał. Jako biegacz jestem niezadowolony i tyle. Może pewnym otarciem łez była tu dla mnie informacja, że takie rzeczy zdarzają się nawet najlepszym biegaczom, bo tego samego dnia Roman Ficek ogłosił, że przez kontuzję musiał zejść z trasy. Cóż, też nie był zadowolony, chociaż dla niego bieganie to jednak coś więcej niż pasja, a w moim przypadku w zasadzie do pasji można je sprowadzić ! W każdym razie, to że akurat tego samego dnia jemu przytrafiło się to samo, a nie ukrywam, że jest on dla mnie biegowym wzorem, to był ten element, który pomógł mi zrozumieć oczywistość, jaką jest brak tragedii w związku z nieukończeniem biegu.
Niemniej jednak na pewno gdy rozszerzymy kontekst to za porażkę tego biegu nigdy nie wezmę choć w dniu, gdy redaguję ten tekst przed publikacją, ewidentnie mam ze względu na jego nieukończenie zniżkowy nastrój ! Po pierwsze, to był mój pierwszy projekt charytatywny i to jest mówiąc krótko COŚ !!! W zasadzie chodziło mi to po głowie od dłuższego czasu, ale – co innego myśleć o tym, a co innego to zrobić ! Poza tym, jednak te 114 km łącznie przebiegłem w ramach tego projektu, z czego 107 km było na trasie ! Przede wszystkim jednak, co chyba najważniejsze, pomogliśmy zebrać pewnie około 10.000,00 zł na leczenie i rehabilitację Filipka, a to już coś znaczy !

Wnioski na przyszłość ?

Wnioski na przyszłość oczywiście też są i to jak zawsze w szerszym niż tylko biegowym aspekcie ! Po pierwsze, oczywisty wręcz wniosek, że nie ma się co przejmować porażka tylko trzeba się podnieść, otrzepać i działać dalej ! Tu nie mam wątpliwości, biegowo już mam wiele nowych planów, a na Mały Szlak Beskidzki wrócę za rok i wtedy zobaczę go w całości ! Nie ma innej opcji i zamierzam tu wykorzystać mój ośli upór ładnie zwany determinacją ! Z rzeczy również oczywistych ta historia pokazuje, że jednak warto jest niekiedy swoje partykularne interesy położyć niżej niż wyższy cel ! Mogłem oczywiście powiedzieć, że biegnę dalej i pewnie Tomek by to uszanował, ale to nie było by fair tak do samego projektu, jak i do niego ! Miało być w 29 h więc jeśli niewykonanie tego założenia miałoby być wyłącznie wynikiem mojego „oślego oporu” to byłoby bardzo niedobrze szczególnie, że dla Tomka było to na wyciągnięcie ręki ! Co symptomatyczne, kilka dni przed biegiem rozmawiałem z Rafałem Żakiem na temat tego dlaczego zdecydował się on nie kończyć Iron Mena o czym napisał na swoim profilu na Facebooku. Było to dla mnie niezrozumiałe ponieważ napisał tam, że stwierdził, że nie czuł takiej potrzeby. Nie będę Ci bynajmniej referował prywatnej rozmowy, którą z nim odbyłem i za którą jestem mu bardzo wdzięczny bo finalnie pomogła mi także po samym nieukończonym biegu, ale przytoczę to co wtedy powiedziałem do niego. Powiedziałem natomiast, że ja na pewno bym nie zrezygnował, bo jedną z moich cech jest ośli upór, który w takich sytuacjach bywa przydatny. Czy tego uporu zabrakło, a może udało mi się go pokonać, czy też przekroczyłem granicę, w którym on jeszcze działa ? Tego na razie nie wiem, ale będę skrupulatnie to ustalał !

Finalnie, były też rzeczy trywialnie, które przeszkodziły mi w dotarciu do celu. Takie choćby jak to, że niepotrzebnie patrzyłem jak często je Tomek i dostosowywałem swoje posiłki do jego. Z jednej strony, patrząc na to z dystansu kilkudziesięciu godzin, pewnie nie za każdym razem widziałem kiedy on je, po drugie jedliśmy jednak co innego, a po trzecie i to przede wszystkim – nie ma się co bez sensu sugerować innymi bo przecież każdy z nas jest inny ! A ja zasugerowałem się bo przecież Tomek lepiej biega więc „na pewno wie” i nie pytając go nawet co sądzi zacząłem już nawet nie robić kalkę tego co on, a robić kalkę tego co dostrzegłem z rzeczy, które on robił. Ot taka moja głupota, którą co gorsza chyba każdy z nas nie raz popełnił w życiu sugerując się tym co robią inni nie znając jednak kontekstu ich działań. Kolejna rzecz, która była moim ewidentnym błędem to to, że nie powiedziałem Tomkowie, że dla mnie jednak biegnie nieco za szybko. Jeszcze w czwartek patrzyłem przecież na jego wyniki biegowe i … no nie owijając w bawełnę, biega on znacznie lepiej ode mnie za co ogromny „szacun” dla niego ! Niestety, moje ego nie pozwoliło mi powiedzieć wtedy kiedy miało to jeszcze znaczenie, że jednak trochę powinniśmy zwolnić bo inaczej nie dam rady, a przynajmniej jest takie ryzyko ! Mój błąd. Kolejny. Dodam tylko, że Tomek i tak w mojej ocenie zwalniał pod „moje czasy”, ale to były moje czasy na krótszych dystansach, a nie na tych na niemal 140 km. Trzecia rzecz, to to, że jednak mimo znacznego opróżnienia plecaka dalej miałem w nim sporo niepotrzebnych rzeczy. Dwa największe powerbanki „na wszelki wypadek” jednak chyba były zbędne jeśli miało w ich zabraniu chodzić tylko o to, że na social mediach miała być relacja z biegu więc pasuje mieć działający przez cały czas telefon. To zresztą tylko jeden przykład nadbagażu, który być może był do zniesienia przy biegach w normalnej formule, ale przy sefl – suport niestety był kolejnym „gwoździkiem”, który zatrzymał mnie na 107 km trasy. Morał z tego więc taki, że czasem jednak lepiej skoncentrować się na rzeczy podstawowej nawet kosztem pobocznych bo jak się chwyta wszystkie sroki za ogon to może być różnie ! Finalnie, to na pewno nie jest tak, że te drobiazgi każdy z osobna miały tak ogromne znaczenie, ale jeśli weźmiemy pod uwagę ich ilość to cóż – wyjaśnia się dlaczego zabrakło mi tym razem sił !

Czy żałuje ?

Absolutnie nie i dodam jeszcze, że na pewno ponowię takie akcje jak ta ! Element charytatywny MEGA !! To bez dwóch zdań !! Ale też ogromna nauka na przyszłość i to jak się wydaje całkiem zniezbędna na tym etapie ponieważ już końcem października czeka mnie Łemkowyna 150 km, która co prawda będzie w normalnej „supportowej” formule, ale jednak jest na niej znacznie więcej przewyższeń i te 13 km dodatkowych kilometrów, które przy tym dystansie jednak bez dwóch zdań robią różnicę ! Tym samym, jak się stało, tak się stało, ale lekcja pokory wzięta jednak obiektywnie małym kosztem jest niekiedy bardzo, ale to bardzo przydatna ! Tak też ocenię tę konkretną sytuację i dla tego wierzę, że tak właśnie miało się stać co wcale nie prowadzi do tego, że zupełnie obojętnie przeszedłem do porządku dziennego nad tym, że pierwszy raz w życiu biegu nie ukończyłem ! Czy z tego doświadczenia „wziąłem” wszystkie niezbędne lekcje i wnioski okaże się niebawem, a na dzisiaj wpis ten zakończę w ten sposób, że nie ma się co niepotrzebnie przytłaczać niepowodzeniem i wyolbrzymiać go do porażki. Warto wyciągnąć wnioski, poprawić i działać dalej, a finalnie jeszcze raz podejść do wyzwania !

Pierwsze biegowe wnioski będę natomiast weryfikował na Ultra Przesileniu w Dynowie jeszcze końcem września 2020 r., kolejne planuję sprawdzić w Radomiu na 70 km Biegu Trzeźwości, a w kontekście życiowym wszystko będę sprawdzał na bieżąco ! Na Mały Szlak Beskidzki wracam natomiast za rok we wrześniu kiedy zamierzam go skończyć !

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *