Blog

Pie**yć talent ! Tylko ciężka praca!

Takie oto sympatyczne hasło znajduje się na jednej z koszulek targetowanych do ultrasów ! Nie wiem co o nim myślicie, ale mi bardzo, ale to bardzo przypadło do gustu ! Niemniej jednak pomyślałem, że być może Ty – podobnie jak – ja co najmniej kilka razy w życiu niezmiernie żałowałeś, że do tego czy do innego tematu „nie masz talentu”, a ktoś inny go ma i …. No tu oczywiście wiadomo, że w związku z tym nie dość, że idzie mu lepiej to jeszcze powstaje pytaniem otwartym „czy to sprawiedliwe” i tym podobne kwestie. Finalnie, wiele razy w życiu prowadziło to u mnie do pozostawienia danej kwestii bo i po co dążyć skoro już na starcie ma się przecież same kłody pod nogi, a inni mają „talent” więc wiadomo, że jest im łatwiej ?

Czy jednak takie podejście sprawdza się w dłuższym dystansie ?

Talent.

Nie chcę nawet usiłować odpowiedzieć na pytanie czym jest talent wedle definicji słownikowych. Dla mnie jest to ponadprzeciętna łatwość w robieniu określonej rzeczy na ponadprzeciętnie wysokim poziomie. W zasadzie jednak chciałem przede wszystkim skupić się na drugiej stronie tego „medalu”. Jasna, wiadomo – są osoby, które mają niezwykłą łatwość w robieniu określonych rzeczy. Często podziwiamy je w internecie, telewizji, a niektórzy z nas czytają nawet o takich osobach książki. Czy jednak to sam talent doprowadził je do osiągnięcia tego wszystkiego ? A może było jeszcze „coś” ?

Na „rozgrzewkę” tych rozważań pozwolę sobie przytoczyć historię jednego z moich znajomych. Nie jest ona jakoś szczególnie wyjątkowa, choć tego znajomego wspominam z całą pewnością jako wyjątkową właśnie osobę. Jego historia, przynajmniej do tego punktu, w którym jeszcze było mi dane ją śledzić pokazuje perfekcyjnie ćóż nam z talentu jeśli zupełnie go nie rozwijamy ?

Miałem otóż takiego kolegę w trakcie studiów, który byłby z dużą dozą prawdopodobieństwa ponadprzeciętnym muzykiem ale nim nie został bo uniemożliwiono mu rozwinięcie jego talentu. Czyniąc długą historię krótką, jego ojciec prawie został jednym z członków jednego z bardziej znanych jeszcze kilka lat temu polskich zespołów, ale na skutek krytycznej oceny żony zupełnie porzucił ten „fach” i skoncentrował się na tym żeby zostać prawnikiem. Kolega był w nieco analogicznej sytuacji, to był chyba od zawsze ponadprzeciętny jeśli chodzi o muzykalność, natomiast co do innych kwestii – choć inteligencji w żadnej mierze odmówić mu nie było można ! – brakowało mu zapału, nie mówiąc już o jakiejkolwiek koncentracji. Co do samej muzykalności tegoż kolegi może nie jestem najlepszą osoba żeby to oceniać, ale kilka razy byłem świadkiem jego rozmowy ze znajomymi, którzy poszli na wydział artystyczny na kierunek jazz. Miałem wrażenie, że większość z nich chciało z nim tworzyć, zakładać zespoły, rozmawiali godzinami o muzyce, o dawnych projektach ale on – mając chyba poczucie, że będzie to bardzo źle widziane przez rodzinę – absolutnie nie chciał rozmawiać o żadnym sprofesjonalizowaniu swojej twórczości. W tamtym czasie już tylko nieco „pogrywał” w domowym zaciszu.

Cóż więc wyszło z tego, że ów kolega miał talent ? Chyba przede wszystkim to, że mocno się musiał frustrować wiedząc, że nie może, a co najmniej nie powinien grać. Z drugiej strony, miałem niekiedy wrażenie, że właśnie przez to, że nie może on robić tego co było jego marzeniem, czy talentem robi wszystko żeby utrudnić sobie przejście przez narzuconą ścieżkę. Patrząc na całą sytuację z kilkunastoletniej perspektywy wydaje mi się zresztą, że ten kolega fantastycznie sobie to zracjonalizował na pewnym etapie i postanowił, że będzie zajmował się wszystkim co tylko z muzyką się nie wiąże. Niestety, wziął to chyba też bardzo dosłownie bo faktycznie zajmował się „wszystkim” przy czym z pominięciem tego czym było potrzeba się zająć w danej chwili. Ostatecznie, bo nie będę tej historii niepotrzebnie dociągał do współczesności bo w pewnym momencie nasza znajomość się „urwała”, po dziesięciu latach skończył prawa będąc jednocześnie po pięciu innych kierunkach, które jednak skończył w swoisty dla siebie sposób zostając skreślony z listy studentów za niechodzenie. Finalnie, jak ustaliłem w Goolge, zdał też egzamin zawodowy i wykonuje jeden z zawodów prawniczych przy czym mam wiedzę z pierwszej jeszcze ręki, że uprawnienia uzyskał bynajmniej nie za pierwszym podejściem. Cały cykl jego edukacji prawniczej, który powinien trwać 8 lat, trwał chyba lat 15. Czy gra teraz na jakimkolwiek instrumencie ? Tego nie wiem, ale obawiam się, że raczej może być z tym różnie, a szkoda bo realnie miał do tego talent !

Praca.

W przeciwieństwie do kolegi powyżej ja nie miałem chyba nigdy jakiejś „supermocy”. Owszem, były kwestie, w których byłem „mocny” i były nimi o dziwo: chemia, fizyka i matematyka, ale zawsze to „bycie dobrym” zawdzięczałem przede wszystkim – jeśli nie wyłącznie – ciężkiej pracy. Na studiach prawniczych – choć z pewnością znajdą się uprzejmi, którzy dostrzegali tylko to, że faktycznie lubiłem wtedy imprezy – także się nie oszczędzałem jeśli chodzi o pracę. Jak była sesja to się uczyłem, a w zasadzie jak jej nie było to też skrupulatnie analizowałem co mam do zrobienia i jaki materiał mam do opanowania. Robiłem to po to żeby wiedzieć, w którym momencie przejść w tryb nauki, jak poukładać sobie kolejność egzaminów i tym podobne. Inna sprawa, że jak sesji nie było, a w szczególności jak był październik, a nawet listopad to do imprezowania też byłem bardzo skrupulatny. Oj, tak bardzo, że chyba tylko Ci co mnie pamiętają z tamtych czasów mogą wiedzieć jak to realnie wyglądało, ale tu chyba już na tym etapie jest pewna „zmowa milczenia”. Zakładam zresztą, że większość osób aktywnie celebrujących studia po kilkunastu latach od ich zakończenia znowu aż tak przesadnie nie chce publicznie opowiadać o swoich największych „osiągnięciach” z tego okresu.

Moja edukacja zresztą nie kończyła się na samych książkach ! W zasadzie od pierwszego roku studiów, żeby jak najwięcej wynieść z tego czasu odbywałem w pełni dobrowolne praktyki w kancelariach. Oczywiście, gdy robiłem takowe po pierwszym roku to chyba bardziej po to żeby zobaczyć jak wyglądają prawdziwe akta sprawa, a nie po to żeby w czasie tych praktyk robić faktycznie coś merytorycznego, ale nawet takiej „wiedzy” nie uważam za niepotrzebną bo część z moich znajomych pierwszy raz widziało akt notarialny dopiero po zakończeniu studiów, a ja już dawno miałem to za sobą. Finalnie, na piątym roku studiów pracowałem już na stanowisku prawnik i nawet chodziłem do sądu reprezentować mojego ówczesnego pracodawcę. Bez dwóch zdań nie było to dla mnie łatwe, bo normalnie tego typu działania można podejmować dopiero po pół roku aplikacji, a ja jeszcze nawet nie „złożyłem papierów” żeby móc na nią zdawać !

Nie inaczej było zresztą z zakładaniem firmy, którą w moim przypadku jest Kancelaria, a to dla tego, że gdy to robiłem to o prowadzeniu biznesu wiedziałem tak niewiele i to od czysto teoretycznej strony, że trudno było abym wiedział o tym cokolwiek. Żebym miał jakiś szczególny talent do sprzedaży to też powiedzieć nie mogę, a co gorsza potrzebowałem więcej niż roku żeby zreflektować się, że można być najlepszym nawet specjalistą cóż jednak z tego jeśli nie potrafimy sprzedać swoich usług ?! Całą wiedzę, którą obecnie posiadam, a która bynajmniej nie stanowi całej wiedzy świata w tym właśnie temacie, nabyłem po prostu tak jak zawsze poprzez jej zdobywanie ze wszystkich dostępnych mi źródeł !

Analogicznie było zresztą z bieganiem ! Kiedy zaczynałem byłem najgorzej biegającą osobą ze znanych mi biegaczy ! Oj moje czasy z pewnością nie były zadowalające, moje dystanse pozostawiały wiele do życzenia nawet dla krótkodystansowców, a jednak wciąż miałem poczucie, że jeśli będę trenował to jest całkiem spora szansa, że stanę się w tym lepszy ! Nie, ani przez moment nie myślałem o tym, że będę w tym najlepszy ! Chodziło po prostu o to żeby być lepszym od siebie z przeszłości ! Mimo, że miałem pełne poczucie, że na tak zwane „pudło” raczej nigdy nie zapracuję to jednak ćwiczyłem, ćwiczyłem i ćwiczyłem ! Efekt tego jest natomiast taki, że co prawda do dnia dzisiejszego faktycznie na żadne pudło nie zapracowałem, ale chyba moje wyniki biegowe są zupełnie znośne jak na amatora. Tak przynajmniej oceniłbym to ja sam.  

Faktem więc jest, że choć w pewnych dziedzinach byłem i wciąż jestem całkiem dobry to nigdy doprowadzenie do tego poziomu nie obyło się to bez bardzo mozolnej pracy z poziomu zero do poziomu, który robił już „jakieś wrażenie” na innych. Nie piszę tego jednak bynajmniej po to żeby się tym faktem pochwalić. Nie ma zresztą chyba obecnie żadnego znaczenia, czy w podstawówce byłem czy też nie byłem ogólnopolskim olimpijczykiem z chemii szczególnie, że z tego przedmiotu już w zasadzie i tak nic nie pamiętam. Znaczenie może mieć co najwyżej to czy jestem dobrym prawnikiem, przy dobrze prowadzę Kancelarię i czy mam na nią pomysł, a finalnie – choć tu najbardziej ma to znaczenie dla mnie – czy moje wyniki biegowe są co raz lepsze. Ewidentnie jednak niezmiernie mało osób wie ile pracy włożyłem w każdą z tych rzeczy, a nawet kiedyś kolega zwrócił mi uwagę, że nigdy nie piszę o tym jakie to wszystko cholernie trudne !

O „tym wszystkim” piszę ponieważ kiedy pierwszy raz zobaczyłem „hasło przewodnie” do tego tekstu pomyślałem, że w zasadzie wszystkie rezultaty są wynikiem naszej pracy, a talent – rozumiany jako „słowo klucz” – bywa częściej przeszkodą, niż pomocnym orężem. Rzecz jasna, nie jest tak, ze talent w ogóle nie ma znaczenia jednak ilu znasz utalentowanych, którzy absolutnie nie zajmują się tym w czym są, a precyzyjnie mówiąc – mogli być dobrzy ? Ja znam całkiem sporo takich osób i za każdym razem wynika to z tego, że nie włożyli wystarczającej pracy w swój talent, żeby go doszlifować. Ilu znasz natomiast takich, którzy mimo braku przysłowiowego talentu, w trudach i znojach osiągnęli niebagatelne rezultaty ? Przyznam, że takich osób znam znacznie więcej niż tych, którzy mając talent osiągnęli choćby tylko takie same rezultaty !

Praca, praca i jeszcze raz praca

Czasem jest chyba trochę tak, że przypisujemy innym jakieś „supermoce”. Dochodzimy wtedy do przekonania, że ten czy tamten ma talent do określonej rzeczy. Z drugiej strony, stwierdzamy też, że my takich super mocy nie mamy i że w naszym przypadku nad wszystkim trzeba bardzo, bardzo długo pracować żeby osiągać określone i to wcale niepowalające rezultaty. Taki tok rozumowania prowadzi nas natomiast do konkluzji, że skoro inni mają „supermoce”, a my ich nie mamy to lepiej nawet nie próbować stawać się lepszy w danej rzeczy bo i tak nie osiągniemy ani połowy tego co ci, którzy te „supermoce” posiadają. Oczywiście te „supermoce” nazywamy talentem i niekiedy potrafimy w niego wierzyć nawet wbrew temu co słyszymy od jego rzekomych posiadaczy, którzy twierdzą, że żeby osiągnąć to co osiągnęli to w ćwiczenia włożyli naprawdę dużo czasu, pracy i wysiłku.

Najciekawszym w tym wszystkim jest jednak to, że na skutek tego sposobu myślenia najczęściej dochodzimy do przekonania, że absolutnie nie ma żadnego celu w podejmowaniu danej aktywności ponieważ i tak nie dość, że nie będziemy w niej dostatecznie dobrzy – przecież nie mamy „talentu” – to i stracimy masę czasu żeby być w niej miernymi !

Czy tak jednak w rzeczywistości jest ? Choć na pewno amerykańscy naukowcy przeprowadzili w tym temacie odpowiednie badania to ja posłużę się jednak własnym doświadczeniem.  Życie najczęściej potwierdza mi, że tak naprawdę doszukiwanie się talentów u innych i tok myślenia, który przedstawiłem Ci powyżej jest tylko pretekstem żeby „nie robić swojego” ! Niestety, najczęściej jest tak, że zamiast porozmawiać z osobą, która już pewne kwestie opanowała w stopniu wyższym niż dobry i dowiedzieć się jak dojść do jej poziomu postanawiamy w ogóle nie podjąć wyzwania i nie rozpocząć danej aktywności. Oczywiście, pięknie racjonalizujemy sobie wszystko w ten sposób, że inni mają talent, a my go nie mamy więc po co zaczynać ? Tak mniej więcej sobie tłumaczyłem kwestię nauki języków, gdzie faktem jest, że nie szło mi to może tak jak chciałem, ale z drugiej strony – gdybym kiedyś tego nie „odpuścił” pewnie dzisiaj mówiłbym jednak o niebo lepiej po angielsku niż obecnie mówię. Niestety, zdecydowanie więcej czasu niż na naukę języka wolałem poświęcić wiele lat temu na racjonalizowanie dla czego nie ma to jednak większego sensu. Obecnie uczę się tego języka znowu ale tym razem nie wchodzę w retorykę talentu, a po prostu poznaje nowe słówka, słucham i czytam po angielsku ile mogę, a jeśli jest okazja to staram się też w tym języku mówić.

Czy praca musi być ciężka ?

Jedyne nad czym głębiej bym się zastanowił to kwestia tego, czy nasza praca zawsze musi być ciężka. Mam wrażenie, że takie przekonanie może – chociaż rzecz jasna nie musi – nas wpędzić w pewne błędne koło, w którym wyjdzie na to, że jeśli nie czujemy niemal bólu w związku z włożonym w pracę wysiłkiem to taka praca nie jest nic warta. Czy jednak aby na pewno o to chodzi żeby praca bolała ? Pewnie w przypadku sportu będzie to faktycznie w ten sposób przebiegać chociaż wcale poziom tego bólu nie będzie świadczył o poziomie naszego rozwoju w danej dyscyplinie. Tu jednak kwestia jest innego rodzaju i ma to związek z specyfiką tego jak rozwijają się mięsnie. Ważne jest zresztą to żeby trening układać rozsądnie, a nie w taki sposób, który finalnie prowadzi do masy bólu, a ten do zniechęcenia. W przypadku innych jednak aktywności postawiłbym jednak pytanie, czy tak istotne jest, aby praca była ciężka ? Wydaje mi się, że praca powinna być jednak przede wszystkim efektywna, systematyczna i wytrwała. To czy będzie akurat ciężka nie jest samo w sobie jakoś szczególnie istotne. Powiedziałbym nawet, że często przeceniamy rezultaty naszej pracy tylko i wyłącznie z tego powodu, że była ona ciężka. Gwarantuję Ci jednak, a doświadczyłem tego wielokrotnie na sobie, że z samego faktu, że się człowiek naharował się nic nie wynika. Jeśli praca była ciężka, ale głównie przez to, że wykonywaliśmy ją nieprawidłowo to w żadnej mierze ciężar, który w nią włożymy nie przybliży nas choćby o milimetr do pożądanego celu.

Postawiłbym zresztą tezę, a o tym też wiem więcej niż bym chciał, ale opowiem o tym jednak osobno innym razem, że etos „ciężkiej pracy” prowadzi często do pracoholizmu. Jeszcze raz chce podkreślić, że praca absolutnie nie musi być ciężka żeby była efektywna. Absolutnie nie musimy się naharować, nie musimy zakasać rękawów i włożyć całych naszych sił i czasu żeby rezultat był taki jak oczekujemy. Z własnego doświadczenia, które o ile wiem znajduje potwierdzenie w badaniach, mogę powiedzieć, że jeśli skoncentrujemy się wyłącznie na jednej aktywności i będziemy w nią wkładać 100% siebie to finalnie zamiast stać się w tej dziedzinie „silniejszymi” staniemy się słabszymi ! Zdecydowanie lepiej w kontekście naszej kreatywności, ale tez odporności psychicznej i innych jeszcze cech wychodzi jeśli mamy co najmniej kilka sfer życia, które dają nam energię, ale w które my także tę energię wkładamy ! Taka „zmienność” działań pozwala nam bowiem nie utracić pędu jeśli jedna sfera naszych aktywności akurat nie układa się tak jakbyśmy tego chcieli, ale też najczęściej dobrze pokazuje, że praca może być i efektywna i przyjemna !

Pieprzyć talent ! Tylko ciężka praca !

Finalnie to tylko slogan ! Slogan nie musi być prawdziwy – musi za to wpadać w ucho. Ten wpada co najmniej w moje. Pytanie tylko jak zinterpretujemy to stwierdzenie ? Jeśli wyjdzie nam z tego, że powinniśmy się zaharować to proponowałbym jednak zastanowić się nad tym, czy aby już nie jesteśmy przynajmniej na dobrej drodze do pracoholizmu. Ten bowiem nie prowadzi do większej efektywności, a do wypalenia zawodowego ! Jeśli natomiast ten konkretny slogan rozumiemy tak, że jeśli talentu nawet u nas zabraknie to jeśli poświęcimy na daną rzecz czas i własną energię, będziemy systematyczni i konsekwentni to najprawdopodobniej będziemy w tej rzeczy co najmniej dobrzy, a najczęściej bardzo dobrzy ! Wtedy też – jestem przekonany – idziemy w dobrym kierunku !

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *