Blog

Social media kłamią ?!

Nie tak dawno popełniłem nie gdzie indziej jak na Facebooku lekko przydługawy jak na formułę która jest tam adekwatna artykuł pod tytułem: social media kłamią ?! Temat więc niby już eksploatowałem, ale kwestia ta wydaje mi się jednak na tyle istotna, że stwierdziłem, iż warto ją rozwinąć. W szczególności jednak – ze względu na temat, o którym chcę napisać – podkreślę, że jestem prawnikiem a nie psychologiem, czy socjologiem a to co niebawem przeczytasz będzie moimi przemyśleniami bazującymi na doświadczeniu, a nie wynikiem wieloletnich badań czy analiz socjologicznych, psychologicznych czy jakichkolwiek innych. Myślę jednak, że to co powiem wcale nie będzie znacząco różne, jeśli w ogóle będzie, od tego co z takich badań wynika. Tak się akurat składa, że miałem okazję na ich temat i poczytać i posłuchać wypowiedzi ekspertów nawet więcej niż jeden raz.

Uspokajam od razu wszystkich, którzy jednak zdecydowali się czytać dalej i powiem, że poniżej nie znajdziesz bynajmniej treści płaskoziemskich, nie będzie też o Billu G. i jego planie depopulacji poprzez szczepienia. Nie będzie w zasadzie o żadnej z tych „wzniosłych idei” a o zupełnie przyziemnych rzeczach, które zdarzają się chyba każdemu z nas nawet jeśli social media nie są dla niego drugi domem.

Czy coś zrobiłem nie tak ?

Zacznę od tego, że raczej na pewno nie pisałbym na ten temat, gdyby nie fakt, że spotkało to także mnie. Otóż sam na siebie sprowadziłem przekleństwo związane z social mediami, którym jest „kłamstwo”, a co najmniej zaciemnianie rzeczywistości. Sprowadziłem je zresztą na siebie zupełnie nieumyślnie i już spieszę donieść jak do tego doszło. Mianowicie, szczególnie osoby, które znają mnie choćby z Internetu wiedzą, że moje publikacje w social medediach dzielą się w zasadzie na dwie kategorie. Pierwsza z nich jest wiodąca i jeśli to Twoja pierwsza styczność ze mną to pewnie zaskoczy Cię, że dotyczy ona publikacji licznych artykułów i podcastu o tematyce prawnej. Druga część to kwestie związane z bieganiem, weganizmem i z ogarnianiem codzienności. W każdym razie powiem, co okazać może się mało zaskakujące, że mimo iż zdecydowanie więcej kontektu za darmo udostępniłem w ramach projektu Prawo dla Biznesu zdecydowanie więcej reakcji wzbudza właśnie ta druga część moich publikacji.

Dodam, bo jest to w bezpośrednim kontekście tego o czym chce powiedzieć, że w przypadku kwestii prawnych ściśle trzymam się zasady, żeby publikować na tematy, o których wiem choćby w zakresie konicznym do wykonania większości zleceń jakie mogą się pojawić. Nie twierdzę, że nigdy nie opublikowałem nic na temat, na który dopiero się uczyłem, ale z całą pewnością mogę stwierdzić, że takie publikacje były poprzedzone zdobyciem rzetelnej wiedzy. W przypadku drugiego rodzaju treści, szczególnie w kontekście biegowym nigdy, ale to nigdy nie dawałem natomiast jakichkolwiek rad dotyczących technicznej strony treningu. Fakt, pisałem, czy mówiłem nieco na temat tego jak się przygotowuję do swoich biegów, ale były to i tak marginalne treści bo jak faktycznie dużo czasu poświęcam na fizyczną stronę biegania to niewątpliwie ważniejsza jest dla mnie ta mentalna. Nie będę też kwestionował faktów, bo można powiedzieć, że pewne osiągnięcia biegowe mam na swoim koncie. Jakby się nad tym dłużej zastanowić to przebiegnięcie ponad 100 km „na raz” i do tego w górzystym terenie stanowi jednak wyzwanie nieosiągalne dla większości osób. Tym samym, nawet jeśli nie mówię o technicznej stronie biegania to moje publikacje dotyczące biegania po prostu faktycznie mogą sugerować, że coś na ten temat wiem i to nawet jeśli dystans 100 km skończy się w końcowej części peletonu. Jakby nie było, będąc w grupie osób, które przebiegły 100 km dalej jest się w mało licznym, żeby nie powiedzieć elitarnym, gronie.

Stało się coś ?

Tak się jednak stało, że ostatnio jedna z osób poprosiła mnie o to żebym trenował ją przed pierwszym w życiu biegiem na 100 km. Dodam, że w mojej skromnej ocenie osoba ta jest lepszym biegaczem ode mnie, a po prostu jeszcze nie zdecydowała się wcześniej na taki dystans. Co więcej, obiektywnie rzecz biorąc ja nie mam żadnych kompetencji do tego żeby zostać czyimkolwiek trenerem, a co więcej – choć mogę się mylić – nigdy nie dałem jakiegokolwiek komunikatu, w tym w szczególności w social mediach, że byłbym w stanie szkolić w bieganiu.

Żeby nie przedłużać niepotrzebnie historii spuentuję ją w ten sposób, że jak tylko usłyszałem propozycję dotyczącą trenowania tej osoby po pierwsze podziękowałem mówiąc, że bardzo mi ona schlebia ale zaraz potem oświadczyłem, że nie mogę tej propozycji przyjąć bo kompletnie nie mam do tego kompetencji. Wyjaśniłem, że co prawda faktycznie przebiegłem 100 km i to na chwilę, gdy dostałem to pytanie nawet dwa razy, ale brak mi kompetencji żeby kogokolwiek nauczyć jak to zrobić. Swoje wyniki opieram chyba głównie na konsekwencji i determinacji, a nie na prawidłowo rozpisanym treningu, a przecież tej osobie nie brakowało konsekwencji i determinacji. Ona szukała osoby, która pokaże jej techniczne aspekty pokonania takiego dystansu.

Co zawiniło ?

Dlaczego więc wyszło tak, że zostałem poproszony o trenowanie bardzo dobrego biegacza mimo, że nie miałem i nie mam dalej kompetencji na prowadzenie takich treningów. Gdyby się lepiej nad tym zastanowić to najprawdopodobniej zawiniła natura ludzka. Wydaje mi się, że bardzo lubimy uzupełniać brakujące nam informację schematami, które nam do nich pasują.

W tym kontekście stanie się oczywiste, że skoro biega biegi na 100 km i ma wyniki, które jest w stanie powtórzyć to będzie potrafił tego nauczyć. Co więcej, biega od niedawna a już biega 100 km więc będzie w stanie szybko nauczyć.

Wiadomo przecież, że po to żeby mieć wyniki trzeba mieć też określony, ustrukturyzowany schemat działania, który można przenieść na inną osobę. Przynajmniej ja miałbym pewnie w takiej sytuacji taki właśnie scenariusz w głowie. Czy była to kwestia moich komunikatów ? Pewnie w dużej mierze tak, bo przecież pisałem o bieganiu więc nawet jeśli kontekst nie był treningowy, a dotyczył psychicznych aspektów tego fenomenu to można było to odebrać w ten sposób jakbym był specjalistą gotowym na to by uczyć innych. Na marginesie ciekaw jestem ile razy sam przypisałem innym cechy, których nie mają tylko ze względu na ich komunikaty w social mediach ? Ile razy każdy z nas to zrobił ? Wydaje mi się, że lepiej tego jednak nie wiedzieć bo okaże się, że dopuszczamy się tego właściwie codziennie i jest to podstawowym motorem napędowym dla tak wielu naszych działań, że aż strach myśleć.

Jak to zmienić ?

Jak zmienić tę sytuację ? To bardzo dobre pytanie ! Czy można bowiem oczekiwać od osoby, która komunikuje pewne treści, że będzie jednocześnie informować czym się nie zajmuje, na czym się nie zna itp. ? Wydaje mi się, że byłoby to jednak oczekiwanie zbyt daleko idące. Bo do czego by prowadziło wyjście z założenia, że przy każdej naszej wypowiedzi mielibyśmy od razu komunikować, czy jest ona wypowiadana z perspektywy fachowca, czy tylko osoby amatorsko zainteresowanej tematyką. Poza tym, jak mieliby oznaczać swoje wypowiedzi Ci, którzy wychodzą z nieśmiertelnego założenia „nie znam się więc tym bardziej się wypowiem” ?

Czy oznacza to jednak, że odpowiedzialność powinna w tym zakresie spoczywać na odbiorcach komunikatów ? Takie założenie jest też oczywiście błędne. Do czego prowadziłoby by bowiem wnikliwe analizowanie wszystkich możliwych wypowiedzi, które mielibyśmy okazję przeczytać ? Ani nie ma jak tego zweryfikować, ani nawet nie miałoby to większego sensu w szczególności jeśli nie budzą one w nas żadnych podejrzeń bo i nikt nie usiłuje nam niczego sprzedać, ani nawet nie usiłuje nas do niczego przekonać. Oczywiście, nie jest też tak, że osoba, która – jak to się ładnie obecnie mawia – konsumuje cudze treści w Internecie jest zwolniona od tego by je weryfikować. Oznacza to bardziej, że powinna ona je weryfikować dopiero wtedy kiedy zaczynają one budzić wątpliwości albo ktoś usiłuje nam coś sprzedać i nie koniecznie chodzi tu wyłącznie o towar czy usługę, ewentualnie wtedy kiedy chce się później na dany temat wypowiadać roszcząc sobie miano osoby, która ten temat co najmniej poznała, a być może zglebiła.

Czy to wina social media ?

Nie stawiałbym też tak bezwzględnej tezy, że ten stan rzeczy to wina social mediów. Ponieważ tak się składa, że jestem „tak stary”, że pamiętam jeszcze względnie dobrze jak wyglądał świat nie tylko bez social mediów, ale nawet bez i ten – który dla części osób, a już na pewno dla pokolenia moich dzieci wydaje się być jedynie fikcją – nielimitowanego dostępu do Internetu. Co prawda i wtedy potrafiliśmy sobie „dorabiać” treści do rzeczywistości. Niemniej jednak, tych treści było znacznie mniej, a przede wszystkim w większości przypadków były one przy najmniej po części weryfikowane co do ich prawdziwości. Na nieco innych zasadach wydaje się przecież książkę niż wstawia się posta na social media.

Ciekawym jest też to, że w zasadzie im mniej mamy styczności z daną osobą, a usłyszymy o jakimś jej osiągnięciu tym więcej potrafimy sobie do tego samodzielnie „dodać” żeby tylko posiadać kompletny obraz sytuacji, której przecież nie znamy. Najczęściej też zresztą tak, że im więcej się dowiadujemy o danej osobie tym finalnie jest ona najczęściej dalej od naszego o niej wyobrażenia. Na pytanie jak to się dzieje, że tak bardzo potrzebujemy uzupełniać brak naszej wiedzy wyobrażeniami nie potrafię niestety odpowiedzieć, choć jestem pewny, że są na to określone badania, które były prowadzone przez innych niż amerykańskich naukowców.
W żadnej mierze nie twierdzę więc, że w tym zakresie social media będą „gorsze” od innych mediów. Tu przynajmniej z osobą, która zamieszcza daną informację co do zasady jeśli tylko się chcę da się wejść w interakcję i przekonać się chociaż trochę jaka ona jest i czy faktycznie wie cokolwiek na dany temat. Nie mówię tu jednak o hate, a o rzetelnej rozmowie, często na tak zwanym priv, na którą sami się przygotujemy i zadamy konkretne, wcześniej przemyślane, pytania, które co więcej nie będą stanowić próby wymuszenia usługi. W każdym razie, w przypadku osób wypowiadających się w telewizji, czy radio szansę taką także posiadamy, jednak jest to znacznie trudniejsze.

Finalnie więc winy za to „zjawisko” nie przypisywałbym bynajmniej social mediom. Ot – taka natura człowieka, że gdy nie ma dostępu do pełnych informacji, czy danych to najczęściej te brakujące po prostu sobie „dopowiada” korzystając ze znanych sobie schematów. Oczywiście, nie wszyscy postępujemy w ten sposób, a może bardziej nie wszyscy postępujemy w ten sposób w każdej materii.

Jak więc żyć ?

Jeśli poznasz odpowiedź na to pytanie chętnie ją od Ciebie usłyszę ! Tu natomiast po prostu podsumuję swoją myśl. Moim zdaniem, w zakresie weryfikacji informacji warto, aby jeśli coś nas naprawdę interesuje mieć na tyle wytrwałości żeby sprawdzić informacje na ten temat. Z drugiej strony, jeśli z czymś jedynie pobieżnie zaznajomiliśmy się w Internecie, często dowiadując się, że dane zjawisko, czy rzecz w ogóle istnieje powinniśmy mieć dużo dystansu do zdobytej w ten sposób wiedzy. Nie budzi wątpliwości i ma to też co raz częściej swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości, że nawet informacje, które stanowią odkrycia naukowe potrafią okazywać się finalnie nieprawdziwymi, bazującymi na nieprawidłowym założeniu itp.

Przede wszystkim jednak, pamiętajmy żeby weryfikować nie samego autora danej wypowiedzi, choć to też może być pomocne, a samą wypowiedź. Nawet najwięksi specjaliści potrafią się mylić, ale bynajmniej nie jest tak, że to samo przez się źle o nich świadczy. Co więcej, pamiętajmy żeby nie dawać wiary informacją tylko z tego powodu, że powiedziała je dana osoba ! Rzecz jasna, część osób ma zbudowany autorytet, szczególnie w danej dziedzinie, ale jeśli zaczynają wypowiadać się „na każdy temat” to popadają w coś co ponoć nazywa się syndromem noblisty, a polega na tym, że większość osób po otrzymaniu prestiżowej nagrody w danej dziedzinie rości sobie prawo do wypowiedzi ex cathedra w każdej innej. Nie oznacza to jednak, że nikt kto specjalizuje się w jednej kwestii nie może wypowiedzieć się w żadnej innej, bo przecież człowiek potrafi być specjalistą, a co najmniej znać się na więcej niż jednak rzeczy. Jeśli jednak ktoś zaczyna wypowiadać się na każdy temat byłby jednak ostrożny.
Finalnie, źle o człowieku może świadczyć dopiero to, że mimo iż widzi, że ktoś jest wprowadzony w błąd odnośnie jego kompetencji z tego błędu go nie wyprowadzi. Jeszcze gorzej świadczyć może już chyba tylko sytuacja, w której specjalnie i umyślnie wprowadzamy innych w błąd pozując na specjalistów w dziedzinie, o której nie mamy pojęcia, albo też przekazując informacje, które wedle naszej własnej wiedzy zamiast pomagać faktycznie szkodzą, ale przy okazji przynoszą nam wymierne korzyści finansowe.
Cóż więc robić ? Analizować to co do nas trafia i podchodzić do tego krytycznie, a w miarę możliwości po prostu pytać, dopytywać i wnikliwie sprawdzać ! Innej złotej metody przynajmniej ja nie widzę ….

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *