Blog

300% procent normy na sam koniec, a może pełna mobilizacja przez całe działanie ?

Trochę jest tak, że piszę wpis na bardzo podobny temat co jeden z odcinków podcastu z tego powodu, że o jednej kwestii chciałem napisać nieco więcej niż nagrałem, a trochę też z tego powodu, że z biegu Duch Pogórza Upiór mam tak wiele fantastycznych zdjęć, że dobrze byłoby jednak znaleźć dla nich „jakieś” miejsce, którym z oczywistych przyczyn nie może być podcast. Żywię jednak nadzieję, że wpis nie będzie służył wyłącznie temu żeby między literami znaleźć się mogły bardzo dobre zdjęcia, a przyniesie Ci też kilka rzeczy do przemyślenia.

Niezwłocznie więc przechodzę do rzeczy, jednak nie powstrzymam się i już w tym miejscu pozwolę sobie zamieścić kolejne zdjęcie !

Kilka Upiornych faktów na początek

Fakty będą Upiorne ponieważ znowu do przemyśleń skłonił mnie bieg ultra na dystansie 100 km. Zaczynam mieć wrażenie, że dopiero na tym dystansie zaczyna mi się dobrze myśleć i jestem ciekaw, czy przy dłuższych dystansach myśleć mi się będzie lepiej czy gorzej. Tego jednak dowiem się dopiero w październiku na ŁUT150, a teraz wracam do kwestii na ten moment kluczowych.

W zasadzie w całym biegu były dwa szczególnie kluczowe momenty i o nich chciałem powiedzieć kilka słów więcej. Lekcje, które z nich wyciągnąłem pozwolę sobie jednak przekazać poniżej, a tu przedstawię jedynie historie same w sobie.

Pierwsza przygoda

Otóż kilka godzin po rozpoczęciu biegu było tak, że na 28 km około 2:20 w nocy znalazłem się w punkcie, w którym ktoś poprzestawiał oznaczenia trasy. Musiało komuś na tym bardzo zależeć żeby dobrze to oznaczenie poprzestawiać bo faktycznie całkiem mu się to udało i trudno było się odnaleźć szczególnie w nocy. Efektem tej skrupulatnej pracy bliżej nieznanej mi osoby było to, że zgubiłem się w środku lasu i do tego w środku nocy. Finalnie straciłem chyba około pół godziny na to żeby wrócić na właściwą ścieżkę. Było to dość istotne bo limit na pierwszej pętli wynosił 6 godzin i kończył się o 4:00.

„Znalazłem się” w momencie kiedy biegnąc już z powrotem szlakiem zobaczyłem ludzi biegnących w dokładnie przeciwną stronę. Dowiedziałem się wtedy, że zamiast biec do przodu zacząłem się wracać. Kiedy wróciłem do punktu, w którym się poprzednio zgubiłem wiedziałem w zasadzie dwie rzeczy. Pierwszą było to, że zostało mi – przynajmniej zgodnie z pierwotną informacją co do długości pętli, którą mieliśmy obiec 3 razy – 6 km i 55 minut na to żeby to zrobić. Żeby ciśnienie było większe kompletnie nie wiedziałem jaki teren jest przede mną, a wiedziałem tylko tyle, że na wcześniejszym odcinku trasy było dużo ciężej niż zakładałem. Drugą istotną rzeczą, którą wiedziałem było to, że została już tylko jedna strona, w którą można pobiec bo wszystkie inne już sprawdziłem. Można więc powiedzieć, że teraz miałem już wiedze gdzie biec.

Nie będę ukrywał, była to pierwsza z trzech pętli biegu, ale chyba dla mnie najcięższa bo nocna i przez to wcale nie byłem pełen sił mimo, że tak naprawdę prawdziwy wysiłek miał się zacząć dopiero przy kolejnych pętlach. Co więcej, w zasadzie nie ma wielu rzeczy, które w trakcie biegów ultra szczególnie mnie przerażają to jednak bieg w nocy do takich należy. Zawsze z tyłu głowy mam taką myśl, że nigdzie nie jest powiedziane, że za raz nie napotkam jakiegoś sympatycznego dzika, albo – o zgrozo – dorodnego odyńca. Dla mniej wtajemniczonych jest to samiec dzika, który ma kły i dorasta do 140 cm wzrostu co samo w sobie powinno dawać już obraz tego, że mój strach dotyczy konkretnej kwestii. W każdym razie, zgubienie się w lesie wyssało ze mnie całkiem sporo energii tak fizycznej, jak i psychicznej przez co zamiast czuć się w miarę ok miałem poczucie, że po części opadam z sił akurat w tym momencie i najlepiej byłoby, gdyby miał teraz możliwość pobiec nieco wolniej żeby się zregenerować. Na to jednak nie miałem czasu.

Mimo tego mega dużego zmęczenia zebrałem się w sobie i to naprawdę poważnie i pierwszą pętle dokończyłem 7 minut przed czasem ! Od razu powiem, te 7 minut przed czasem to w mojej perspektywie była gonitwa, którą bałem się, że przegram i to z kretesem. Dokręcałem tempo na ile byłem w stanie, ale miałem poczucie, że powyżej pewnego poziomu nie sprostam. Na szczęście jednak w limicie się zmieściłem i choć przez przemiłą osobę, która poprzestawiała oznaczenia na trasie zrobiłem to ledwo to jednak zrobiłem to i mogłem biec dalej ! Co jednak najistotniejsze w kontekście tego co chce przekazać, tempo które osiągnąłem w końcowej części biegu było o niebo lepsze niż to, które osiągałem wcześniej na poprzednich, podobnych co do trudności, odcinkach.

Druga przygoda

Druga sytuacja, o której chciałem opowiedzieć zdarzyła się już na ostatniej pętli. Trochę wyszło tak, że po drugim okrążeniu, które zrobiłem w bodaj 5 godzin i 25 minut miałem pół godziny zapasu czasu z drugiej pętli i …. No właśnie, jakoś tak wyszło, że nie do końca wiedziałem, czy 6 czy 7 godzin z pętli trzeciej. Sęk był w tym, że tradycyjnie nie przeczytałem regulaminu biegu (jak biegam to staram się do minimum ograniczyć kwestie formalne żeby „odpocząć” od tego co na co dzień mam w ramach swojego zawodu i oddać się pro prostu bieganiu) i nie byłe pewien czy limit wynosi 18, czy 19 godzin. Przed startem na ostatniej pętli otrzymałem jednak w tym zakresie dwie sprzeczne informacje. Pierwsza brzmiał, że limit to 18 godzin, a druga, że wynosi on 19 godzin. Oczywiście pierwotne założenie było takie, że skoro mam pół godziny rezerwy to i tak bieg „robię” poniżej 18 godzin skoro pętlę robię w niecałe 6 godzi. Pięknie to sobie zaplanowałem, ale niestety jakoś nie wszystko szło zgodnie z moim wspaniałym planem bo miejscami nie do końca miałem siły biec z dotychczasową prędkością, a i sytuacja zmieniła się o tyle, że „nagle” stało się jakby goręcej bo przecież trzecia pętla wypadała w godzinach okołopołudniowych. Najtrudniejsze były rzecz jasna strumienie, ale przecież już dwa razy je pokonywałem więc powinienem także je wziąć przecież pod uwagę. W moich kalkulacjach coś jednak poszło nie do końca tak jak to sobie planowałem.

Na 26 km pętli, czyli na ponad 90 km mojej trasy (nie wiem ile jej dokładnie wyszło uwzględniając zgubienie się, o którym pisałem) był ostatni punkt postojowy. Na każdym poprzednim punkcie, a było ich dwa, dopytywałem jeszcze o to jaki jest limit czasu i czy aby na pewno wynosi on 19 godzin co uwzględniłem zaczynając ostatnią pętle. Odpowiedzi jednak nie dostałem bo najwidoczniej nie tylko ja nie przeczytałem zbyt dokładnie regulaminu. Do ostatniego punktu przybyłem w czasie dokładnie 17 godzin i 5 minut i wtedy właśnie dowiedziałem się, że limit wynosi 18 godzin! Dowiedziałem się tego od koleżanki mojego kolegi więc tym mniej miałem powodów żeby w to wątpić. Pokazała mi zresztą na telefonie jakiś tekst, który miał to potwierdzić – tu muszę się przyznać, że czytanie ze zrozumieniem powyżej 90 km biegu wychodzi mi średnio przez co i tak nic z tego co mi dała do przeczytania nie wiedziałem. Ze wszystkich rzeczy, które przyszły mi do głowy żeby upewnić się, czy jest to prawdziwa informacja postanowiłem spytać się jej, czy jest tego pewna i na to pytanie otrzymałem odpowiedź twierdzącą !

Pamiętam, że powiedziałem wtedy, że to chyba nie najlepiej bo raczej nie zmieszczę się w limicie. W zadzie byłem tak zmęczony, że chyba nawet nie powiedziałem tego w jakiś szczególnie dynamiczny sposób, chociaż pewności nie mam. Usłyszałem wtedy jednak, że przecież mam jeszcze godzinę i na pewno zdążę. Sęk w tym, że normalnie od 28 km trasa zajmowała mi niemal godzinę (przy pierwszej pętli było to 50 minut, w przypadku drugiej nie miałem tego zmierzonego), a byłem dopiero na 26 kilometrze. Te z pozoru tylko dwa kilometry były jednak znacznie trudniejsze niż dalsza część trasy. Szacowałem, że ten odcinek do tej pory zajmował mi łącznie co najmniej półtora godziny chociaż pewności nie miałem ile dokładnie bo akurat wcześniej tego nie zmierzyłem. Kiedy już wszystkie te myśli przeszły przez moją głowę to z tego co kojarzę zacząłem nieco „przeżywać”, że nie zmieszczę się w limicie co nie było dla mnie zbyt dobrą perspektywą. Na szczęście jednak, zanim się rozkręciłem w tym jakże konstruktywnym myśleniu, usłyszałem krótkie słowa: „Dasz rady ! Zdążysz ! Masz przecież jeszcze godzinę !” Szczerze powiedziawszy już wtedy wiedziałem, że to nie jest prawda, że wcale nie mam jeszcze godziny tylko nieco mniej a każda minuta będzie miała niebagatelne znaczenie. Po tych słowach – co dobrze pamiętam – krzyknąłem jednak tylko, że w takim razie lecę i natychmiast pobiegłem dalej !

W zasadzie przede wszystkim pamiętam tyle, że w głowie miałem myśl, że szkoda byłoby zmarnować 18 godzin biegu i czasu całego przygotowania nie mieszcząc się w limicie. No dobrze, w oryginale było tam kilka wulgaryzmów. W każdym razie, pędziłem z taką prędkością z jaką chyba nawet nie zaczynałem tego biegu będąc w pełni sił. Po drodze starałem się nawet nie patrzyć na czas, choć gdy dwa razy to zrobiłem okazywało się, że mam go jeszcze mniej niż przypuszczałem. Finalnie jednak pędząc na przepadłe „wleciałem” na metę w 17 godzinie i 55 minucie biegu.

Przyznam szczerze, że byłem lekko zdziwiony, gdy okazało się, że limit wcale nie wynosi 18 godzin, a więcej. Niemniej jednak, niezależnie od tego, czy w błąd zostałem wprowadzony umyślnie czy też nie to mogę powiedzieć tylko tyle, że stało się idealnie, że dostałem taką błędną informacje ponieważ faktycznie pierwotnie limit trasy miał wynosić 18 godzin i w tym limicie się zmieściłem. Nie byłem rzecz jasna najlepszy, ale też nie z tym zamiarem startowałem.

Morał

Jaki z tego morał ? Trywialny można by było powiedzieć ! Jeśli życie nas przyciśnie jesteśmy w stanie dać z siebie więcej ! To jasne ! Pytanie tylko, czy czasem nie płynie z tego także morał tego rodzaju, że przez cały czas powinniśmy dawać z siebie więcej żeby na ostatniej prostej nie być zmuszonym wylewać z siebie siódmych potów ? A może morał ten brzmi w ten sposób, że najczęściej jesteśmy w stanie dać z siebie 100% dopiero wtedy, gdy taryfa ulgowa w sposób oczywisty prowadzi nas do porażki ?

Przyznam szczerze, że oczywiście tego już nie zdążyłem sobie w ramach ostatniego ultra przemyśleć, bo jeśli na tak ważne rzeczy zostaje nam niecałe 6 km i 55 minut to jednak może się okazać zbyt mała ilością czasu na bardziej głębokie refleksie. Skłaniam się jednak do myśli idącej w tym kierunku, że najczęściej to właśnie zagrożenie porażką daje nam dopiero pełną mobilizację do przekraczania swoich barier.

Problem polega natomiast na tym, że byłoby nam pewnie znacznie łatwiej gdybyśmy zawsze potrafili wykrzesać z siebie to 100%. Jak to jednak zrobić ? Czy faktycznie byłoby nam wtedy łatwiej ? Tego też niestety się nie dowiedziałem i obawiam się, że nigdy się tego nie dowiem. Z drugiej strony patrząc, mam poniekąd wrażenie, że gdybyśmy zawsze byli w stanie dać z siebie 100% to wszystko byłoby strasznie nudne i monotonne. Bo cóż to za frajda jeśli wiesz, że nie dasz rady już „bardziej” niż Twój obecny rezultat? Jaką będziesz miał mobilizację do działania jeśli od początku będziesz mógł „matematycznie” wyliczyć czy osiągniesz cel ? Czy nie będziesz odpuszczać jeśli „matematycznie” nie wyjdzie, że „dasz rady” i zupełnie pominiesz element przypadku, który przecież nie tylko prowadzi do porażki, ale niejednokrotnie jest powodem zwycięstwa ? Albo czy z takich „matematycznych” wyliczeń nie odpuścisz działania bo pominiesz to, ze być może spotkasz na swojej drodze kogoś kto Ci pomoże ?

Na to i jeszcze wiele więcej pytań odpowiedzi nie znalazłem, ale przynajmniej wiem, że powinienem jej poszukać. Być może na kolejnym ultra, albo nawet i bez niego będę przybliżał się do odpowiedzi, ale intuicja podpowiada mi, że zbliżanie się do perfekcji jest zbyt bliskie dehumanizacji i dlatego jeśli nauczymy się dawać z siebie zawsze więc 100% to wale nie staniemy się szczęśliwsi.

Puenta

Puentą tej historii jest natomiast to, że – jak mogę zakładać – przez to właśnie, że swój drugi w życiu bieg na 100 km przebiegłem nieidealnie na mecie spotkałem się z bardzo sympatycznym przyjęciem, troską czy wszystko ok i podobnymi miłymi akcentami. Na mecie poznałem też sporą część biegowego towarzystwa z Internetu co bardzo mnie ucieszyło, a finalnie – po kilku minutach, bo nawet nie miałem kiedy dać znać, że zbliżam się do mety – pojawiła się i moja ekipa, czyli rodzina wraz ze znajomymi J

Czasem więc warto rozważyć, czy finalnie lepiej będzie zrobić daną rzecz perfekcyjnie bez najmniejszej ilości pozytywnych emocji, czy jednak po prostu dobrze się bawić nawet jeśli otrzemy się o porażkę ?!? Pewnie wiele zależy tu od konkretnej sytuacji, ale jednak w przypadku biegów ultra nie mam wątpliwości, że drugie rozwiązanie jest zdecydowanie lepszym!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *