Blog

Lęk przed porażką

Asekuracja, czy lęk przed porażką

O perfidio ! Przyszło mi do głowy żeby opublikować ten wpis w przeddzień biegu, który może nie tyle spędza mi sen z powiem, ale jest chyba pierwszym, gdzie z jednej strony biorę pod uwagę, że coś może pójść nie tak – w końcu to 100 km – a z drugiej wszystkie znaki na niebie i ziemi tak się układają, że poza rzeczami, na które mam raczej żaden wpływ nie widzę czegokolwiek co mogłoby zatrzymać mnie na ostatniej prostej. Innymi słowy, sprawdziłem przecież nieco ponad miesiąc temu, że 100 km to dystans dla mnie osiągalny, obecna trasa ma mniej przewyższeń, a finalnie przecież odwiedziłem też fizjo !

A jednak lęk przed porażką jest.

A może to jednak coś innego …

Przygotowania

Jakiś czas temu pisałem Wam o moim pierwszy biegu na ponad 100 km czyli o Rzeźniku Ultra. No łatwo nie było muszę przyznać, ale przeżyłem go całkiem sprawnie ! Co prawda moje pierwsze refleksje były raczej tego rodzaju, że cieszyłem się przede wszystkim tym, że zbyt dużo nie dowiadywałem się przed biegiem o trasie bo pewnie bym się nie zapisał. Zapisałem się przede wszystkim dlatego, że to była pierwsza setka w okolicy po odwołaniu dwóch innych, na które byłem zapisany. Pierwszą był zresztą Duch Pogórza – Upiór, który już jutro przede mną !

Odnośnie Rzeźnika ultra nie ukrywam zresztą, że co najmniej kilka osób sugerowało mi, że powinienem być ostrożny bo to będzie jednak większe wyzwanie od moich dotychczasowych ultra, które zresztą nigdy nie „sięgały” setki. W zasadzie muszę zresztą powiedzieć, że mieli sto procent racji bo bieg był dla mnie, szczególnie w ostatniej jego części, mega ciężki. Po jego ukończeniu jednak, jak to w życiu bywa, wszystkie złe chwile odeszły w niepamięć, pozostały tylko te dobre i cóż powiedzieć – na samą myśl o tym biegu mam „strzał” endorfin  i adrenaliny.  

Ciężej, mocniej, więcej ….

No i tu właśnie pojawia się szkopuł, bo gdybym miał teraz biec na trasie cięższej, na trasie dłuższej, albo na trasie o jeszcze jakiś innych parametrach, które mówiąc wprost gwarantowałyby mi, że dostanę znacznie mocniej w kość to przecież nic się nie stanie jeśli nie sprostam nowemu wyzwaniu. Oczywiście, jeśli taką trasę bym przebiegł to fantastycznie, super, świetnie i wszystkie lajki tego świata moje, ale jeśli tego nie zrobię … ? Pomijając już fakt, że z dużą dozą prawdopodobieństwa ma to jakiekolwiek znaczenie dla zdecydowanie mniejszej ilości osób niż te, które po biegu dają rzeczonego lajka pod zdjęciem z medalem to jak ja sam bym to przeżył ?

Z cała pewnością mogę powiedzieć, że jeśli nieprzebiegnięcie biegu nie byłoby związane z wypadkiem to niewątpliwie taką porażkę bym przeżył. Serce by mi bynajmniej nie krwawiło, ale jednak czułbym chyba, że coś jest nie do końca tak. Co konkretnie ? Tego mam nadzieję nigdy się nie dowiem, ale mam poczucie, że po prostu moje ego co najmniej lekko by ucierpiało.

Różne style wytłumaczeń

Kiedy to piszę przyszło mi do głowy, że skądś to już znam! Ale skąd ? Już wiem ! Podstawówka, liceum, studia, aplikacja. Gimnazjum nie wymieniam bo mnie w nim nie było i to bynajmniej nie z tego powodu, że poszedłem na dłuższe wagary, a ze względu na mój wiek.

W każdym razie, w czasie nauki często miałem możliwość obserwować jak przeróżnie ludzie podchodzą do sprawdzianów ich wiedzy, a może bardziej – jak o tym podejściu komunikują. Jedni opowiadają jak to się uczyli i rzeczywiście jest to prawda. Drudzy opowiadają znowu jak to się nie uczyli i to też jest prawda. Jest rzecz jasna grupa, która nic nie opowiada pozostawiając innym możliwość dowolnej interpretacji tego milczenia. Finalnie są też tacy, którzy przed egzaminami przygotowują się do roli społecznej rodzica i opowiadają przede wszystkim bajki, czyli albo twierdzą, że uczyli się dużo i nauczyli się wszystkiego, albo twierdzą, że nie uczyli się nic i dlatego nic nie potrafią. Co jednak ich łączy – finalnie w obu przypadkach nie jest to prawda.

Kończąc refleksję w tym zakresie mogę powiedzieć jeszcze tylko tyle, że osób, które mówią, że uczyły się naprawdę dużo kiedy jest to nieprawda przyznam szczerze spotkałem najmniej albo chyba że było to powiedziane w formule jakiejś „dziwnej mantry”, która w ich przekonaniu miała „przyćmić” rzeczywistość.

Po co ta gra ?

Po co jednak my wszyscy tak lubimy sobie racjonalizować to, że może nam się nie udać ? Ze względu jednak na to, że nie posiadam w tym kierunku wykształcenia, ani tym bardziej tytułu naukowego, ani też nie prowadziłem w tym zakresie badań pamiętaj, że są to tylko moje przypuszczenia. Moja teza będzie zresztą dość ostrożna bo pozwoli przyjąć co najmniej kilka scenariuszy takiego zachowania.

Otóż moim zdaniem sprawa wygląda tak, że my nawet nie tyle boimy się porażki, tę przecież jakoś najczęściej potrafimy wytrzymać, co tego co powiedzą inni. Dlatego też przed ważnymi w naszej ocenie momentami próby tak bardzo zaczynami opowiadać na temat tego co i jak robiliśmy i dlaczego będzie to miało wpływ na finalny rezultat naszych działań. Oczywiście nie da się ocenić każdej sytuacji w tym krótkim tekście, ale asekuracją potrafi być zarówno tłumaczenie, że w ogóle się nie przygotowywaliśmy więc logicznym będzie jeśli nam się nie uda, a jakby się udało to tym większy należy się nam szacunek jak i to, że przygotowywaliśmy się ponad ludzkie siły, a ewentualna porażka to ewidentnie musiał być zły dzień lub złe nastawienie innej osoby do nas.

Co więc robić ?

Co więc robić ? A może inaczej, co z powyższego wynika ? Można by postawić tezę, że i tak źle i tak nie dobrze. W skrajnej interpretacji wychodzi na to, że czy mówimy, czy nie mówimy o tym jak i ile się przygotowywaliśmy to i tak koniec końców robimy to wyłącznie w celach asekuracyjnych.  

Moim zdaniem, najwłaściwszym rozwiązaniem jest – mówiąc wprost – odpuszczenie tematu. Jeśli stoi przed Tobą duże wyzwanie przecież wolno Ci się asekurować ! Tak jak uszczerbek fizyczny byłby niepożądany tak i jest w przypadku tego psychicznego ! Po co ponosić obrażenia jeśli można ich uniknąć ?!

Nie można jednak zapominać o jednej kwestii ! Fakt, wolno nam się asekurować, ale nie możemy zapomnieć o tym, że to nie do tego powinno sprowadzać się nasze działanie ! Innymi słowy, lepiej przed trudnym wyzwaniem ćwiczyć, czy też zdobywać wiedzę lub doświadczenie nawet w mniejszym wymiarze, ale jednak zdobywać to co pomoże nam w finalnym wyzwaniu niż poświęcać masę czasu na chodzenie i opowiadanie wszystkim wkoło o rzeczach, które tak naprawdę stanowią dla nas jedynie asekurację na wypadek ewentualnej porażki !

Odnosząc to finalnie zarówno do biegania, jak i do biznesu określiłbym tę myśl skrótowo jednym tylko słowem: NAPIERAJ !

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *