Blog

Skończone jest lepsze od doskonałego ?

Istnieje raczej nikła szansa na to, że nie słyszałeś jeszcze co najmniej kilku wypowiedzi w ramach sporu czy skończone jest lepsze od doskonałego, czy też jednak doskonałe jest lepsze od skończonego. Jeśli chociaż trochę interesujesz się: podcastami, rozwojem osobistym, sturtupami albo setką innych rzeczy to raczej na pewno to twierdzenie „obiło Ci się o uszy”. Być może osoba, która je wypowiedziała zgadzała się z nim, a być może wręcz przeciwnie. Jeszcze z „zamierzchłych czasów” swojego własnego liceum pamiętam z lekcji języka polskie takie stwierdzenie: „spór klasyków z romantykami”. W zasadzie w tym przypadku najprawdopodobniej z takim właśnie sporem mamy do czynienia. Bo kto może mieć rację ? Pewni tylko ten, kto swoim działaniem doprowadzi rzeczy do końca. Z całą pewnością racji nie będzie miał natomiast ten, kto wyłącznie będzie dużo na temat robienia mówił.

Jeśli liczyłeś na to, że w tym wpisie rozstrzygnę spór co do tego, czy skończone jest lepsze od doskonałego to już w tym miejscu chciałem Ci powiedzieć, że z całą pewnością tego nie zrobię. Chciałem Ci wyłącznie powiedzieć jakie jest moje na ten temat zdanie oraz jak moja własna metodologia w tym zakresie przekłada się na moje życie.

Skończone czy doskonałe ?

Perfekcja chyba nigdy nie była moim podejściem do życia. Nigdy nie potrzebowałem zgromadzić „wszystkich niezbędnych rzeczy”, „całej niezbędnej wiedzy”, czy „wyczekać idealnego momentu” żeby wystartować z projektem, albo mówiąc jeszcze bardziej wprost – żeby zacząć cokolwiek nowego. Intuicyjnie zawsze przeczuwałem, że jeśli będę wyczekiwał idealnego momentu, w którym zgromadzę już całą niezbędną wiedzę albo w którym zdarzy się cos innego to alby inni znacznie mnie uprzedzą i nie będzie już po co rozpoczynać nowego projektu, albo nigdy się nie doczekam takich idealnych warunków, a tym samym i tak nie wystartuję z tematem.
Tak „nieidealnie” było już z moimi pierwszymi działaniami zawodowymi – od zawsze korzystałem z możliwości odbycia choćby bezpłatnych praktyk byleby tylko zmierzyć moją wiedzę teoretyczną z praktycznym zastosowaniem. Tak było od początku studiów, a do końca życia będę pamiętał, że praktyki, które odbyłem po pierwszym roku sprowadzały się do tego, że miałem posegregować dokumenty w segregatorach. Z perspektywy dzisiaj mogę do tego dodać tyle, że ta czynność mogła faktycznie być wbrew pozorom dostosowana do poziomu mojej wiedzy na tamten czas, ponieważ przynajmniej za czasów mojego pierwszego roku studiów student prawa nie posiadał absolutnie żadnej wiedzy praktycznej. Jednak, gdy tylko na piątym roku studiów nadarzyła się okazja pracy w zawodzie zdecydowałem się na nią bez zastanowienia mimo, że wiedziałem, że nie jestem do tego dostatecznie przygotowany. Co ciekawe, pamiętam, że jak kończyłem studia i zmieniałem miasto, a tym samym rezygnowałem z tamtej pracy usłyszałem, że byłem lepszy od większość osób przede mną, które były już dłuższą chwilę po studiach. Być może był to tylko nieprawdziwy komplement, a być może chodziło o to, ze w trakcie tych kilku miesięcy pracy za wszelką cenę chciałem nauczyć się jak najwięcej, co było możliwe wyłącznie wtedy, gdy robiłem maksymalnie dużo.

Kilka lat później, kiedy miałem już wszystkie niezbędne uprawnienia zawodowe (u prawników w dalszym ciągu się takie zdobywa potwierdzając umiejętności egzaminami) stwierdziłem, że jeśli ode mnie by to zależało to inaczej poprowadziłbym kancelarię niż mój ówczesny szef. Po tym jak to pomyślałem – choć tym razem nie od razu ponieważ miałem już te atrybuty dorosłości jak kredyt mieszkaniowy i dziecko w drodze – odszedłem na swoje. Jak zawsze, nieco się przygotowałem bo pozyskałem przed odejściem kilku klientów jednak nie wyczekiwałem idealnego momentu, a finalnie moje odejście nastąpiło trzy miesiące po urodzeniu się mojego pierwszego dziecka. Decyzję tę uważam za bardzo dobrą, a wręcz za jedyną właściwą ponieważ dopiero w ramach własnej firmy zacząłem mieć poczucie, że się realizuję co wiązało się choćby z tym, że mogłem „targetować” kancelarię wyłącznie na obsługę biznesu jak to chciałem zrobić od zawsze a nie zajmować się wszelkiego rodzaju sprawami. Na tamten czas nie miałem przeczytanej bodaj żadnej książki o prowadzeniu biznesu i chociaż biznes obsługiwałem od dobrych kilku lat mogę szczerze powiedzieć, że realnie okazało się to być znacznie bardziej skomplikowanym procesem niż w ogóle przyszło mi do głowy.

Skończone lepsze od doskonałego. Nie inaczej było też z moim pierwszym podcastem. Z rzeczy, które wiedziałem bez wątpienia, gdy w styczniu 2018 r. nagrywałem pierwszy odcinek podcastu Prawo dla Biznesu było chyba tylko to, że nie będę inwestował w projekt do momentu, aż zobaczę, że faktycznie go realizuję. Nie chodziło nawet o to, żeby sprawdzić, czy projekt spotkał się z dobrym przyjęciem. Chodziło po prostu o to żeby mieć pewność, że zacząłem nagrywać i kontynuuję temat. Pierwsze odcinki nagrałem telefonem i szczerze powiedziawszy pierwszy feedback, który dostałem w związku z podcastem brzmiał mniej lub bardziej tak: „(…) świetny ten podcast jednak żadnego odcinka do końca przesłuchać się nie da bo jakość ma fatalną.” To było jednak bodaj do 7 odcinek podcastu bo już wtedy czekałem, aż przyjdzie zamówiony bardziej profesjonalny sprzęt. Jak się okazuje później „jakoś to poszło” i obecnie przynajmniej z podcastu Prawo dla Biznesu jestem dość rozpoznawalny w sieci jak na prawnika. Co potwierdzi zresztą dalsza część historii.

Z „większych tematów”, ale już całkiem nieodległych w czasie, podobnie było z bieganiem. Zamiast „poczekać, aż tylko skompletuje (…)” i tu można by było zacząć wymieniać bez końca co jest potrzebne do biegania ja po prostu zacząłem biegać z tym co miałem. Teraz niewątpliwie wiem, że moja historia, gdzie po 10 miesiącach biegania przebiegłem pierwszy w życiu ultramaraton może nie jest niepowtarzalna ale dowodzi jednak tego, że zaczynając biegać bez trenera, specjalistycznego, drogiego sprzętu i tym podobnych rzeczy można spokojnie osiągnąć w tym temacie całkiem sporo. Co więcej, wszystkim „gadżeciarzom” powiem, że zarówno swój pierwszy zegarek z trackerem i innymi bajerami(który był też moim pierwszym zegarkiem od wielu lat) i to bynajmniej nie taki z najwyższej półki kupiłem sobie dopiero po przebiegnięciu ponad 5.000 km. Problemem nie było to, że nie było mnie na niego stać – chodziło bardziej o to żeby po pierwsze kupić go dopiero gdy będzie niezbędny. Po drugie, chodziło też o to żeby jego zakup naprawdę mnie ucieszył. Czy tak mogłoby się stać gdybym kupił go jeszcze przed rozpoczęciem biegania ? Nie sądzę ….. choć oczywiście nie wiem tego na 100% ponieważ tak nie zrobiłem.

Szukając już w naprawdę ostatnich wydarzeniach to jakieś 2 miesiące temu po raz kolejny miałem okazje zmierzyć się z nową dla mnie rzeczą. Tym razem była to pierwsza w życiu książka. Jej historia jest w zasadzie dość przedziwna. Gdy zaczął się COVID-19 spadła nam ilość zleceń. Nie drastycznie, ale jednak odczuwalnie. Rzecz jasna, były i momenty, gdy zdecydowanie ta „tendencja zniżkowa” się odwracała i wręcz nie wiedziałem jak się nazywam. Te chwile były jednak stosunkowo krótkie i wiązały się z wejściem w życie nowych rozwiązań antykryzysowych – tarcz. Wtedy stwierdziłem, że nie pozwolę sobie na zmarnowanie tego czasu w kontekście zawodowym, choć można było mieć wrażenie, że ten czas aż sam się o to prosił żeby go co najmniej zmarnować (wiadomo – wyjątek jeśli Twoja firma zajmowała się działaniami innych firm w Internecie). Stwierdziłem więc, że to musi być ten moment, w którym w końcu zrealizuje swój plan napisania książki. No i po prostu zacząłem pisać. W życiu nie byłem na żadnym kursie dotyczącym tego jak książka powinna być napisana, czy też jak powinno się podejść do jej pisania. Jak prawie zawsze stwierdziłem, że to ten moment kiedy będę pisać książkę i zacząłem ją pisać. Jakieś dwa tygodnie później, gdzie miałem już co prawda pomysł, a nawet pewien zarys, ale końca nie było realnie widać odezwał się do mnie Pan Grzegorz z Heliona i spytał, czy miałbym ochotę wydać z nimi książki. Wtedy co prawda przez dłuższą chwilę zacząłem bić się z myślami, bo miał być self – publishing, ale jednak bardzo szybko doszedłem do wniosku, że warto będzie w tym przypadku skorzystać ze skali, którą daje Helion i chwilowo pogrzebać mrzonki powtórzenia sukcesu pewnego Twórcy internetowego, który na self-publishingu zbił fortunę. Patrząc na sprawy realnie, jednak po pierwsze nie ten poziom rozpoznawalności, ale też i nie tak chwytliwa tematyka. Z drugiej strony, Helion to solidna marka i współpraca z nimi to czysta żywa przyjemność i nobilitacja !

Co jednak najważniejsze, książka powstała w niecałe półtora miesiąca do etapu, w którym została przekazana do wydawnictwa w celu jej akceptacji i korekty. Tu znowu, Gracz Dostojewskiego powstał szybciej, ale porównanie może być co najmniej nie na miejscu, bo obawiam się, że aż takiego międzynarodowego hitu jak wspomniana pozycja z Prawo dla Biznesu. E-commerce niestety nie będzie. Wyjaśnię też od razu, że nie było to tylko moje dzieło. Od momentu, w którym pojawił się tak zacny partner biznesowy jakim jest Helion i jego Onepress w pisanie książki zaangażowało się więcej osób z Kancelarii żeby jak najlepiej wykorzystać czas „przestoju” w bieżącej pracy. Także i tym razem w zasadzie ani ja, ani inne osoby zaangażowane ze strony Kancelarii nie miały zbyt wielkiego pojęcia na temat tego jak powinien wyglądać profesjonalny proces pisania książki. Jak już wspominałem, nie zgłębiliśmy kilkunastu książek, który ten temat rozwijały, nie zapisaliśmy na szkolenia w tym temacie. Po prostu, zrobiliśmy swoje wierząc i ufając, że na naszej drodze spotkaliśmy tak wytrawnego partnera biznesowego, którym jest Helion, że on pomoże nam przez cały proces przejść jak najbardziej sprawnie, a naszym zdaniem jest po prostu stworzyć książkę, a nie stworzyć książkę idealną.

Dodam jeszcze, że na moment, kiedy piszę ten tekst nie wiem jeszcze z jakim przyjęciem spotka się książka wśród jej potencjalnych nabywców, niemniej jednak już wiem, że wśród jej kilkunastu recenzentów spotkała się z przyjęciem pozytywnym. Przede wszystkim, co istotne w kontekście tego co chcę powiedzieć, był to kolejny przykład sytuacji, w której po prostu rozpocząłem proces nie przygotowując się do niego w sposób perfekcyjny. Teraz mogę powiedzieć, że czekam już tylko na efekty tego procesu, który już i tak jest z mojej perspektywy sukcesem ponieważ niebawem będę mógł się zaliczyć do tego jednak znacznie mniejszego grona prawników w stosunku do ich ogółu to jest do tych spośród nich, którzy wydali książki.

Czy jednak zawsze skończone jest lepsze od doskonałego ?

Nie zrozum mnie jednak źle. Nie jestem orędownikiem tezy, że niezależnie od tego jakie g… wypuścisz spod swoich palców to i tak będzie lepiej niż gdybyś czekał w nieskończoność na idealny moment. Przede wszystkim, jest to zupełna nieprawda, a ponadto absolutnie Cię do tego nie namawiam. Mimo, że to niekiedy trudne to jednak trzeba mieć albo kogoś kto da Ci szczery feedback, albo trzeba mieć do siebie odpowiednio dużą ilość dystansu i samokrytycyzmu. W moim przekonaniu może nie wszystko, ale jednak większość rzeczy w życiu można rozpocząć bez pełnego przygotowania. Jeśli jednak wyszły one fatalnie lub jeszcze gorzej nie koniecznie musimy się nimi chwalić całemu światu.
Moim zdaniem ważne jest też żebyś przed dużymi projektami przygotowywał się do nich realizując projekty mniejsze. Przed nagrywaniem podcastu dobrze żebyś miał na swoim koncie co najmniej kilka wystąpień publicznych, przed napisaniem książki dobrze jest abyś miał na swoim kącie kilka artykułów i tak dalej. Nie musisz mieć wszystkich niezbędnych narzędzi, nie musisz być doskonale przygotowany, nie musisz podejmować wielu prób tylko po to żeby ruszyć z projektem.

Jakby nie było, w większości przypadków jeśli efekt okaże się fiaskiem najczęściej jednak da się go nie pokazywać światu, a co najmniej szybko zdjąć z jego oczu. Wtedy co prawda stracisz nieco czasu, ale z drugiej strony zyskasz coś równie cennego – lekcję od życia jak danej rzeczy robić nie powinieneś ! Obawiam się jednak, że w większości przypadków wbrew Twojej własnej prywatnej racjonalizacji finalnie sprawa będzie wyglądać w ten sposób, że może nie spektakularny, ale jednak Twój projekt okaże się sukcesem …. Reszta będzie już zależała od tego, czy potrafisz wyciągać wnioski i uczyć się jak podnosić poprzeczkę sobie samemu !

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *