Blog

Pierwsze ULTRA

Co prawda na dzień kiedy piszę te słowa nie przebiegłem jeszcze dystansu 100 km (ze wszystkich planów, które pokrzyżował mi COVID-19 te biegowe ucierpiały najbardziej), ale mogę się już określić „ultrasem” dodający tylko, że moim skromnym zdaniem jak na razie jedynie takim przez małe „u”. W każdym razie, aby historii stało się zadość trzeba ją opowiedzieć od początku.

Otóż w lipcu 2019 r. moim najdalej idącym biegowym planem było pobiec maraton, który miał się odbyć 6 października w Rzeszowie. To i tak był na tamten czas mega ambitny plan w wykonaniu kogoś, kto 1 stycznia 2019 r. pierwszy raz po dobrych kilku latach ubrał budy do biegania i poszedł „przesapać” swoje pierwsze dwa, a może nawet trzy kilometry.
Zresztą już sam plan na maraton zrodził się u mnie w bardzo specyficznych warunkach. Otóż stało się tak, że podczas biegu na 30 km pod nazwą Letnie Przesilenie zgubiłem się i zamiast 30 km przebiegłem ich 40. Cóż – powiedzmy, że ten błąd sam w sobie nie był dla mnie przesadnie drastyczny, a nawet bardziej mnie cieszył niż smucił mimo, że z tego co byłem w stanie podejrzewać zanim zgubiłem się tuż przed metą (jakieś 700 m od mety – bez komentarza proszę) to miałbym nawet względnie dobrą pozycję w tym biegu. W każdym razie, gdy zorientowałem się, że byłem nieco ponad dwa kilometry od dystansu maratońskiego i to jeszcze w czasie „do wytrzymania” (tak mi się przynajmniej wydawało, bo przecież skąd mogłem wtedy wiedzieć jaki czas jest czasem „do wytrzymania”) to zrodził mi się pomysł na maraton. Skoro raz dałem rady przebiec 40 km i to w zasadzie po niemal górach bo na Pogórzu Dynowskim to przecież dam rady przebiec 42 km po równej asfaltowej drodze.

Oczywiście, do tego co wtedy myślałem można mieć cała masę mniej lub bardziej technicznych zastrzeżeń ale jedno jest pewne – taka myśl zagościła wtedy w mojej głowie i postanowiłem kupić pakiet na 6 PKO maraton rzeszowski !

Tak się jednak stało, że właśnie końcem sierpnia odezwał się do mnie znajomy z liceum i zadał mi takie niezobowiązujące pytanie czy zapisuje się na Lemkowyna Ultra Trail (ŁUT) na dystans 70 km. Oczywiście odpowiedziałem, że to nie dla mnie, że ja to nawet 42 km jeszcze nie przebiegłem. Że jak to. Że nie dam rady itp. Kolega użył jednak fortelu i powiedział mi, że bieg jest 12 października czyli akurat dokładnie w moje urodziny, a w urodziny to przecież można bardziej zaszaleć. Chwilę pomyślałem no i w obliczu takich argumentów nie mogłem zrobić inaczej jak tylko „wziąć i się zapisać”. Mówiąc więc najkrócej – po tekście, do którego najbardziej „akuratnym” odpowiednikiem byłby chyba „No jak to !? Ze mną się nie napijesz??” bez większej refleksji i przemyślenia zapisałem się na bieg na 70 km kiedy nie miałem nawet na swoim koncie jednego maratonu.

Myśląc o tym kilka dni później bardziej na chłodno pomyślałem, że to ewidentnie nie była moja pierwsza głupia decyzja i akurat ze wszystkich wcześniejszych ta prawdopodobnie nie jest najgorsza, więc w sumie nic się nie stało. Najwyżej nie przebiegnę chociaż tej ewentualnie nie będę brał pod uwagę. Pomyślałem też, że jednak dobrze byłoby się przygotować i pewnie to samo w sobie byłoby ok, gdyby nie ten drobny element całości polegający na tym, że nie miałem bladego pojęcia jak to zrobić.
W każdym razie, kilka dni po tej decyzji doszedłem do prawdopodobnie zupełnie błędnego przekonania, że powinienem mocno zwiększyć kilometraż i zacząć jeszcze więcej biegać niż biegałem wcześniej. Do tego zapisałem się jeszcze na inne biegi, w zasadzie to nawet na takie „małe ultra” jak BiesyTrailCzady, które odbywały się początkiem września w Wetlinie. W zasadzie historia tego biegu była całkiem zabawna ponieważ stwierdziłem, że absolutnie nic sobie nie rezerwuje mimo, że muszę do Wetliny przyjechać dzień wcześniej i po prostu pojadę przespać się w schronisku PTTK jak to miałem w zwyczaju odwiedzając Bieszczady kilkanaście lat wcześniej. Tu wiele się nie zmieniło, no może poza tym, że jak zawsze kojarzyłem to schronisko z zimną wodą to jak już wtedy faktycznie codziennie brałem zimne prysznice to okazało się, że akurat trafił mi się prysznic z wyłącznie ciepłą wodą. Dziwnie było być tym rozczarowanym, ale o czwartej rano przed biegiem na 44 km po okolicach Wetliny nie było to chyba moim największym wyzwaniem tego dnia ! Głupio byłoby zresztą narzekać na to, że miało się ciepłą wodę w prysznicy więc bardziej poddaje to jako anegdotkę !

W każdym razie, ten bieg poniekąd będzie w całej historii kluczowy ponieważ co prawda przebiegłem go w chyba dość przyzwoitym jak na moje możliwości czasie jednak doznałem jednocześnie kontuzji. Nie była to jakaś wielka kontuzja, ale nie do końca umiałem się jej pozbyć cały czas bardzo intensywnie ćwicząc przed maratonem i przed ŁUT ! Zresztą jak miałbym się jej pozbyć wychodząc z założenia, że będę jeszcze ciężej trenował i nie odpuszczając nawet na chwilę ! Nawet przecież dzień po Biesach pobiegłem w Rzeszów Busines Run, który może dystansem nie był przesadnie zabójczy, ale jednak na pewno mojej nodze nie pomógł.
W końcu nadszedł 6 października czyli mój pierwszy oficjalny, miejski maraton ! Oczywiście musiałem wpaść na genialny pomysł, że skoro morsuję to powinienem koniecznie ubrać się w krótkie spodenki i koszulkę mimo, że zapowiadało się dość chłodno, a finalnie okazało się, że było znacznie chłodniej niż się zapowiadało. Przed startem spotkałem Tomka, który namówił mnie na ŁUT. Powiedział mi wtedy, że z (uzasadnionych) przyczyn osobistych nie może pobiec ultra na ŁUT w przyszłym tygodniu i w zasadzie tylko z tego powodu wpisał się na maraton. Trochę mnie to zmartwiło, myślałem, że za tydzień będę miał w nim wsparcie – w końcu on już biegł ultra, a ja jeszcze nie – ale cóż zrobić ? Poza tym, dodatkowo zmartwiło mnie też to, że nikt ze spotkanych na maratonie znajomych nie wybierał się na ŁUT, a jak mówiłem, że ja się wybieram to raczej wszyscy mierzyli mnie wzrokiem.

W tym miejscu jeszcze na krótką sekundę cofnę się o jeden dzień. Otóż 5 października pobiegłem jeszcze bieg na 5 km. Gdy „wyciągnęli” mnie na niego koledzy wydawało mi się, że to przecież nic się nie stanie jeśli przed maratonem pobiegnę „tylko 5 km” – normalnie biegałem już wtedy po 10 km dziennie, więc to 5 km to przecież będzie odpoczynek. Oj, srogo się pomyliłem, bo choć czas miałem dobry – a może to właśnie z tego powodu – to jednak mój organizm na tym biegu na 5 km mocno się wyeksploatował.
Maraton ruszyłem na spokojnie, wiedziałem już przecież, że nie ma co niepotrzebnie „gonić” na samym początku. Pierwsze 20 km przebiegło zresztą bez zakłóceń poza może tym, że było mi zimno i jednak kontuzjowana noga mi doskwierała. Niestety, około 21 km miałem tę wątpliwą przyjemność dowiedzieć się czym jest tak zwana „ściana” na maratonie. Otóż, mimo że bez jakichkolwiek zawodów już kilkakrotnie biegałem ten dystans, w pewnym momencie poczułem, że kompletnie opadam z sił, a co więcej prawie upadłem. Byłem zresztą chyba zupełnie blady jak ściana bo nawet przypominam sobie, że ktoś spytał mnie czy wszystko jest ze mną ok. Było nawet kilka momentów, w trakcie których chciałem się poddać, a o których pewnie kiedyś opowiem Ci oddzielnie bo uważam, że są tego warte. Finalnie, w bólach i mękach, dobiegłem do mety. Ostatnie – na oko – dwa km biegłem już nie patrząc na nic tylko z myślą, że niebawem już koniec i co prawda pewnie za raz padnę, ale będzie to po drugiej stronie mety. Gdy przebiegłem metę to wcale nie padłem, ale chodzić też wcale nie mogłem. Dotarłem do samochodu, a potem do domu i w akcie desperacji „uruchomiłem” stare kontakty żeby lekko poza kolejnością dostać się do fizjoterapeuty. Żeby nikt nie miał w głowie jakiś niecnych rzeczy powiem tylko, że te uruchomione kontakty były typowo rodzinne i dotyczyły wizyty w prywatnym gabinecie. W tym też miejscu chciałem bardzo, ale to bardzo podziękować Andrzejowi Bąk, którzy przyjął mnie po godzinach i realnie (a nie tylko w przenośni) postawił na nogi żebym był w stanie pobiec swoje pierwsze prawdziwe ultra, czyli ŁUT 70 !
11 października 2019 r. spakowałem się i pojechałem do Krosna skąd następnego dnia rano miał odjechać autobus na start siedemdziesiątek.
W Krośnie odebrałem pakiet startowy i przeżyłem swoje pierwsze zaskoczenie. Oczywiście w regulaminie był wymieniony obligatoryjny sprzęt, który trzeba było ze sobą zabrać, ale nie przyszło mi do głowy, że ktoś będzie to, aż tak szczegółowo sprawdzać. Wyszło jednak na to, że jak do sądu można wejść z pominięciem „bramki” do wykrywania metali, tak na ultra nie można dostać wstępu bez skompletowanego regulaminowo ekwipunku (inna sprawa, czy na etapie startu ma to znaczenie). Na szczęście, poza tym, że po pakiet poszedłem beztrosko bez niczego poza dowodem osobistym to realnie wszystko miałem idealnie skompletowane! Dostałem swój pakiet i pojechałem całe 500 m dalej do hotelu, gdzie miałem zabukowany nocleg.

Spać poszedłem dość wcześnie a przed spaniem przesłuchałem jeszcze jeden z odcinków Black Hat Ultra – pamiętam jak dzisiaj był to wywiad z Romkiem Fickiem, który wybierał się „zrobić łuk Karpat”. Pamiętam w szczególności, że słuchając tej rozmowy zależało mi bardzo na tym żeby „złapać” jakich „sztuczek” używa, gdy głowa odmawia mu posłuszeństwa. Co prawda, kilka tipów się znalazło, ale miałem wrażenie, że głowa Romana nie odmawia mu po prostu posłuszeństwa, gdy robi ultramaratony ! Gdy ich nie robi, być może, ale ultramaraton to jego chleb powszedni !

Następnego dnia pobudka, toaleta, zimny prysznic i stawiłem się w oczekiwaniu na autokar, który niebawem przyjechał i zabrał nas na miejsce. Tam jeszcze całkiem spora chwila oczekiwania, a może po prostu tak mi się wydawało, bo byłem co najmniej lekko poddenerwowany jak „to wszystko” wyjdzie. Nie żeby miał być jakiś „wstyd” jeśli nie przebiegnę. Po prostu sam dla siebie chciałem ten dystans przebiec !

Kilka minut po 7:00 wystartowaliśmy ! Teraz emocje trochę już odpuściły bo trzeba było robić swoje ! Sam bieg opowiem Ci pewnie innym razem, a teraz kilka jego kluczowych momentów. Po pierwsze ludzie ! Co prawda nie jestem w stanie powiedzieć jak nazywają się Ci, których poznałem co tyczy się także faceta, który zamienił się z kolegą dowodem osobistym, bo kolega pobiec nie mógł, a za „legalną” zamianę bodaj trzeba było zapłacić. Na pewno wszystkie rozmowy były co najmniej inspirujące, albo krzepiące na duchu. W trakcie biegu dobiegaliśmy do startów kolejnych dystansów. Z przełomowych momentów pamiętam też jak nagle ktoś zaczął krzyczeć „puścicie chłopaka ! 150tka leci !!!”. Dla mniej wtajemniczonych chodziło o to, że jeden z zawodników na dystansie 150 km zaczął wyprzedzać zawodników z krótszych dystansów. Mocno kluczowe było natomiast to, co spotkało mnie pod koniec biegu. W pewnym momencie zrównałem z facetem, którego w zasadzie oceniłem na swojego rówieśnika. Z rozmowy jednak wyszło, że raczej był nim jakieś 20 lat temu, bo teraz ma lat niemal 20 więcej niż ja. To on w pewnym momencie uświadomił mi, że mam szansę skończyć bieg w 10 godzinach, a co więcej – bo tego ostatniego to już kompletnie nie wiedziałem – to że będzie to rewelacyjny wynik dla debiutującego ultrasa, który nie należy do elity krajowej !

Ujmę to tak, nie biegłem na wynik, a po to żeby przebiec te 70 km. W momencie jednak kiedy usłyszałem, że nie dość, że idzie mi całkiem nieźle to jeszcze mam możliwość skończyć ten bieg z dobrym czasem nagle odzyskałem siły, których już od dawna nie miałem. Bez dwóch zdań już wtedy biegłem resztką sił, powiedziałbym bardziej że był to szybki marsz. Po tej informacji o 10 godzinach nagle jednak ….. tak – znowu zacząłem biec ! Finalnie bieg skończyłem w 9:56 z sekundami będąc z siebie mocno dumnym ! Potem, kiedy już ochłonąłem poszedłem na zasłużony wegański posiłek, którego akurat nie było. Tu po raz kolejny miałem problem z ciepłym prysznicem.

Czy jest z tego jakiś dalej idący morał niż ten, że „biegł aż dobiegł” ? Wydaje mi się, że tak ! Często jest tak, że zaczynamy coś robić i w naszej ocenie idzie nam całkiem przeciętnie, ale tak naprawdę nie potrafimy znaleźć żadnego punktu odniesienia bo albo nie było kiedy zgłębić tematu, albo zawsze daną rzecz robiliśmy wyłącznie dla przyjemności i nie było czasu zajmować się kwestiami „technicznymi”. Kiedy natomiast dowiadujemy się, że idzie nam nadzwyczaj dobrze, szczególnie jak na pierwszy raz, to nagle dostajemy skrzydeł ! I tego właśnie Ci życzę w tym co z pewnością niebawem rozpoczniesz w swoim życiu ! Życzę Ci też żeby tak jak mnie po tym biegu czekała niespodzianka w postaci czekającej na mnie rodziny i wielkiego, rozwieszonego na cały pokój, napisu GRATULACJE !!

Choć z pewnością nie przebiegłem ŁUT najszybciej, ani najlepiej ze wszystkich, to tak udanych urodzin nie miałem nigdy wcześniej, a uwierz mi – zawsze należałem do tych co „co jak co” ale urodziny świętować lubiły!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *