Blog

Czasami nagroda leży daleko za linią mety

Jak być może wiesz, ostatnio – dokładnie 12 czerwca 2020 r. – po 26 godzinach i 33 minutach przebiegłem swoje pierwsze w życiu 100 km, a chcąc być precyzyjnym nawet 110 km co w tym konkretnym przypadku robiło różnicę dobrych kilku godzin w biegu. Tym razem nie chcę Ci jednak szczegółowo opisywać biegu – moją relację niemal bezpośrednio po nim znajdziesz w podcaście Ultra Życie. Tu chce napisać o czymś nieco innym, co i tak nie zmienia faktu, że aby miało to dla Ciebie konkretny kontekst choć jeden akapit samemu bieganiu poświęcony być musi.

Ten akapit jest o bieganiu

Wiadomo – nie potrafię pominąć tego wątku bo za dużo przyjemności sprawia mi myślenie i mówienie o bieganiu. Co prawda, nieco mniej niż samo bieganie, ale jednak. Cała historia wydarzyła się podczas Biegu Rzeźnika, gdzie biegłem Rzeźnika Ultra na dystansie 110 km. W tym roku, w przeciwieństwie do lat ubiegłych bieg składał się z trzech pętli, z których każda przebiegała przez Cisną. Pierwsze dwie pętle były umiarkowanie trudne. Byłyby pewnie jeszcze bardziej „umiarkowane”, gdyby nie fakt, że – jak mówiło się po biegu – biegacze nanieśli błota na trasę, a organizatorzy usiłowali je zmyć dwiema ulewami i średnio intensywnym deszczem w nocy. W każdym razie najcięższą była trzecia pętla, ale już po pierwszych dwóch wiedziałem, że niestety nie uda mi się zrealizować mojego planu żeby na mecie przywitała mnie żona i dzieci. Wiedziałem, że bieg skończę w środku nocy, albo nawet nad ranem. Co prawda, towarzyszyli mi oni przez cały dzień i na pętli w Cisnej przekazywali mi prowiant, power banki i napoje, a przede wszystkim energię do dalszego biegu dzięki temu, że czekali tam na mnie, ale podskórnie czułem, że największą przyjemność sprawiłoby mi, gdybym spotkał ich na mecie. Niestety, jak wspomniałem, już podczas drugiej pętli wiedziałem, że trzecią będę biegł w nocy, a tym samym raczej mogę wykluczyć, że na mecie będzie na mnie czekać żona wraz z naszymi dziećmi, które mają (a w zasadzie miały, gdy te rzeczy się działy bo niewątpliwie później będą co raz starsze) niemal 4 i lekko ponad 6 lat.

Finalnie okazało się, że ostatnią pętle biegłem na tyle długo, że sam bieg zakończyłem o 5:35 po około 9 godzinach. Zresztą trudno było mówić o tym, że ją biegłem bo na to już raczej nie miałem sił. Po prostu przeszedłem ją intensywnym i szybkim marszem co okazało się konieczne choćby dla tego, że nie jestem mistrzem skyruningu (biegania na dużych przewyższeniach) a końcówka trasy w większości składała się ze stromych podbiegów i jeszcze bardziej stromych zbiegów.

Meta


Chociaż widok mety był mocno kojący bo wiadomym stało się po pierwsze, że ukończyłem swój pierwszy w życiu bieg na ponad 100 km to jednak do szczęści ewidentnie brakowało mi widoku rodziny. Nie żebym w związku z tym płakał rzewnymi łzami – w zasadzie miałem niemal dziesięć godzin na oswojenie się z tą myślą, a co więcej byłem już na wpółprzytomny więc „fizycznie” głównie myślałem o powrocie do ośrodka i regeneracji. Nie będę też ukrywał, gdy zakładano mi medal to rozpierała mnie duma i energia mimo, że odbyło się to w zasadzie na totalnie pustej linii mety, gdzie poza mną i drugim biegaczem, z którym przebiegłem ostatni odcinek były tylko dwie osoby z ekipy organizatora. Niemniej jednak, choć było to przyćmione także innymi bodźcami ewidentnie brakowało mi czegoś żeby mieć poczucie, że ten bieg realnie zakończyłem nie dość, że sukcesem to jeszcze w sposób, który był tym jednym, jedynym wymarzonym. Tym czego mi brakowało to widok rodziny czekającej na mnie na mecie, która jeszcze kilkanaście godzin wcześniej miałem nadzieję, że przywita mnie na mecie.
Cóż, jak to czasami bywa – osiągasz jeden cel, ale drugiego nie udaje Ci się osiągnąć. Albo osiągasz cel, ale niejako połowicznie. Czy jest to jednak powód do rozczarowania ? Pewnie w dużej mierze zależy to od konkretnej sytuacji i tego, której części celu nie udało się osiągnąć. Na pewno nie ma tu jednego schematu, który będzie sprawdzał się w każdej sytuacji niezależnie od okoliczności.

Wracając jednak do mnie to tego dnia, po osiągnięciu mety, w strugach deszczu ruszyłem do ośrodka, gdzie zatrzymaliśmy się na długi czerwcowy weeekend, w trakcie którego odbywały się biegi. Jeśli chodzi o moje emocje to bez dwóch zdań byłem z siebie mega zadowolony w kontekście zakończonego biegu (no dobra, teraz już wiem jakie błędy popełniłem, a gdybym ich nie popełnił pewnie miałbym nico lepszy czas) jednak z drugiej strony było pewne rozczarowanie. Rozczarowanie, że rzeczy nie potoczyły się tak jak je sobie wymyśliłem, tak jak mogłyby żeby wszystko wyszło perfekcyjnie. Mówiąc krótko i w pewnym uproszczeniu – mogło być idealne, a nie było.

Co po mecie ?

Jak się jednak okazuje, nie zawsze „perfekcyjnie” to tak jak sobie to ułożyliśmy w głowie jeszcze przed tym, gdy rzeczy zaczęły się dziać ! Do ośrodka dotarłem ku mojemu zaskoczeniu całkiem sprawnie jak na osobę, która tyle co zakończyła bieg na 110 km i zeszła z niej schodzić adrenalina. Tu przywitała mnie żona. Już było naprawdę dobrze bo chociaż nie spotkaliśmy się na mecie tak jak to było w moim scenariuszu to samo spotkanie było nie mniej przyjemne. Potem śniadanie, prysznic (a jakże – zimny !) i do spania bo po niemal 27 godzinach biegu i o szóstej rano tylko to wchodziło w grę. Około godziny 10:00 obudziłem się i zobaczyłem, że przytula się do mnie córka. W zasadzie nie pamiętam co konkretnie do mnie powiedziała, ale chyba było to pytanie, czy już skończyłem biec. Po tym pytaniu jeszcze raz przytuliła się do mnie. Następnie pojawił się syn, który też ucieszył się na mój widok (dobra, co do zasady nie jest aż tak uczuciowy, ale ewidentnie był zadowolony, że widzi mnie już w domu i już „na chodzie”, a przede wszystkim co o dziwo było dla niego wcześniej problem – czystego z błota, którego całe kilogramy zabrałem z trasy na sobie). Choć nie tak jak to sobie wcześniej wymarzyłem, choć to wszystko miało wydarzyć się jeszcze na mecie, to jednak scenariusz napisany przez życie okazało się być idealnie na swój zupełnie normalny sposób.

A morał z tego taki ….

No właśnie, jaki z tego morał ? Czy opowiedziałem Ci tę historię żeby Cię wzruszyć ? Nie, nie podejrzewam się o takie umiejętności pisarskie więc tę motywację możemy wykluczyć ! Powiedźmy, że ta – nomen omen prawdziwa – historia posłużyła do tego, żeby zwrócić Ci uwagę, że nie zawsze wszystko musi iść zgodnie z Twoim planem żeby skończyło się nawet lepiej niż to sobie pierwotnie wymyśliłeś. Innymi słowy, nie „fiksuj się” na to, że pewne rzeczy muszą przebiegać w określony sposób i żaden inny nie wchodzi w grę. Często okazuje się, że mimo zmiany scenariusza wszystko i tak układa się w korzystny dla Ciebie sposób choć dzieje się to nieco później i nieco inaczej niż przewidywałeś, to realnie dzieje się też po prostu lepiej i jeszcze bardziej cię cieszy.

Można wręcz powiedzieć, że stoickie podejście do życia jest tym, które pozwala się tym życiem bardziej cieszyć niż każde inne z możliwych podejść i to mimo, że wydawałoby się, że u stoików radość nie jest najmocniejszym „punktem programu”. Cóż bowiem da jeśli przy pierwszej zmianie kursu w stosunku do pierwotnie przez Ciebie obranego zaczniesz się „wściekać” albo „użalać się” nad sobą ? Z tego, jak uczy życie, nic w zasadzie nie wynika. Nie, nie twierdzę, że mi się to nie zdarzyło. Wręcz odwrotnie, twierdzę, że zdarzyło mi się to na tyle dużo razy, że wiem doskonale jak niewiele z tego może wyniknąć dobrego, choć jeśli chodzi o złe rzeczy to wręcz odwrotnie – może ich wyniknąć ogromnie dużo! Jeśli natomiast zaakceptujesz fakty i będziesz dalej robił to co do Ciebie należy to bardzo często okaże się, że wydarzenia potoczą się choć inaczej niż to zaplanowałeś to jednak zupełnie zgodnie z tym do czego chciałeś dążyć, albo jeszcze lepiej!

Dlatego też życzę Ci żeby nawet wtedy, gdy rzeczy nie idą zgodnie z tym jak to zaplanowałeś spokój ducha Cię jednak nie opuszczał. Tylko wtedy będziesz dopiero miał pewność, że nie przegapisz tego, że choć inaczej niż to sobie zaplanowałeś to jednak rzeczy potoczyły się finalnie całkiem korzystnie dla Ciebie.

Zresztą, ważniejszym jest może nawet to, że nawet jeśli tak się nie stanie to i tak nerwy na pewno nie pozwolą Ci lepiej zareagować na przydarzającą się właśnie niekorzystną sytuację, więc i w tym przypadku lepiej będzie dla Ciebie jeśli zachowasz spokój mimo, że nie wszystko układa się tak jak to miało mieć miejsce w Twoich na ten temat wyobrażeniach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *