Blog

Pierwszy bieg

Trudno mi powiedzieć czy do końca życia, ale na pewno długo będę pamiętał swój pierwszy bieg masowy – 12 PKO półmaraton rzeszowski, a w zasadzie sztafeta półmaratońska. Do tego jeszcze krótszy jej odcinek bo 5 km, a nie 6 km. To był mój czwarty miesiąc biegania, a w zasadzie jego początek. Kiedy przed morsowaniem robiłem ze znajomymi rozgrzewkę padło hasło – pobiegnijmy półmaraton. Ja najpierw powiedziałem, że nie widzę takiej możliwości, a potem dopytałem ile to w ogóle km. Nawet tego nie wiedziałem. Ostatecznie powiedziałem, że jeśli nie zależy im na czasach to mogę pobiec.

Zapisaliśmy się – dobrze że jeden z nas ogarnął wszystkie formalności bo gdybym miał to zrobić samodzielnie, mimo że są one mega proste, to pewnie bym nie pobiegł. Przed biegiem miałem jeszcze kontuzję, ale determinacja była tak duża, że chodziłem na zabiegi powtarzając pani rehabilitantce jak mantrę, że nieważne jak ale muszę „wydobrzeć” żeby pobiec w tym biegu. Oczywiście pierwotnie było, że to niewskazane, ale finalnie to nawet rehabilitantka odpuściła widząc, że i tak pobiegnę i chyba zaczęła mi nawet kibicować.

Mimo, że 5 km biegałem codziennie byłem tym biegiem tak zestresowany, że chyba przez tydzień chodziłem rozkojarzony. Finalnie, tego dnia oczywiście źle się ubrałem, za dużo zjadłem na śniadanie, albo nie zjadłem go wcale – w każdym razie coś w tym kontekście pamiętam było nie tak. Miałem biec pierwszy – nie wiedziałem czy stanąć za raz przed startem, czy dalej, a jeśli dalej to gdzie. Rozgrzewka – czułem się „głupio” i nie wiedziałem co robić. Wystartowaliśmy. Oczywiście pomyślałem, że na początku dołożę tempa. Dołożyłem. Problem w tym że straciłem tylko masę energii w największym tłumie. Potem okazało się, że źle się ubrałem i było mi tak gorąco, że nie mogłem biec. A może to przez tempo. Pewnie nigdy się nie dowiem.

W trakcie biegu zacząłem obserwować, że co raz więcej osób mnie wyprzedza. Zaczęło mnie to przerażać, miałem poczucie, że dobiegnę ostatni. Był to dla mnie spory problem. Co raz bardziej zwalniałem przez to wszystko. Kiedy przekazywałem pałeczkę pamiętam tylko ten „sympatyczny” okrzyk kolegi – „no nareszcie !”. Ok, po mnie bieg doświadczony kolega więc mógł być lekko sfrustrowany, ale też z perspektywy czasu wiem, że po prostu był mocno niecierpliwy, a ja choć nie najlepiej to jak na pierwszy raz całkiem dałem rady.

Finalnie, kiedy popatrzyłem za siebie to okazało się, że biegnie za mną jeszcze cała masa innych osób. Kilkadziesiąt mnie wyprzedziło, może nawet kilkaset, nie wykluczę też tego, że ponad tysiąc ale dalej za mną było jeszcze kilka setek, a może tysięcy innych osób. To było dziwne uczucie, myślałem, że dobiegnę ostatni, a dobiegłem … w zasadzie powiedziałbym że na całkiem dobrej pozycji jak na pierwszy bieg kogoś kto nie biegał od prawie 9 lat, a kiedy biegał to tylko trochę sam dla siebie. Poza tym, dla faceta z nadwagą. Czas, mogę strzelać, miałem około 5:50 na km. Nie mierzyłem. Teraz to byłby dla mnie dobry czas przy lepszych górkach. Po płaskim – niedopuszczalny. Ale to teraz, a wtedy to było coś co mocno cieszyło !
Było świetnie. Potem zapisałem się na dalsze biegi i zacząłem zastanawiać się jak pokonać (w sobie) te rzeczy, które były dla mnie takim problemem, ale o tym następnym razem ….

Na kanwie mojego pierwszego biegu mam też taką refleksję bardziej ogólną. Ile razy jest tak, że prowadząc biznes mam poczucie, że wszystkim idzie lepiej od nas bo mają mega nowe fury, markowe ciuchy. W ogóle nie bierzemy poprawki na to, że być może prowadzą biznes przez wiele lat, a może wszystko mają w kredycie i kredyt spłacają kredytem, a ważne jest dla nich tylko to żeby się pokazać. Nie zawsze wszystko jest takie jak wydaje nam się być w pierwszym momencie i najczęściej warto popatrzyć na pewne rzeczy z dystansu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *