Blog

Moje 30%

Kiedy kończysz studia i nie masz w sobie ukształtowanego przekonania (o przekonaniach jeszcze kiedyś więcej Ci napiszę), że można zarabiać inaczej pieniądze niż na etacie, że możesz prowadzić swoją firmę, to wybór, a raczej jego brak jest prosty – szukasz pracy na etacie. I tak właśnie było w moim przypadku – wybierałam jedynie miasto i potem pracodawcę, na swój pierwszy poważny etat…Zaznaczę Ci jednak już teraz, że bez tego właśnie wyboru, przekonania,że trzeba pracować na etacie, nie byłabym w tym miejscu w którym jestem. Zawsze wychodzę z założenia, że w naszym życiu wszystko dzieje się po coś. Gdybym jednak pewną wiedzę, którą na tym blogu będę się z Tobą dzielić, miała wcześniej, to pozytywne zmiany w moim życiu dokonałyby się prawdopodobnie znacznie szybciej.

Z perspektywy studenta, który kończy filologię polską, ale wie, że jednak nie chce być nauczycielem, jednocześnie nie wiedząc właściwie w czym jest dobry i co chce robić, to wybór miasta był w tym wszystkim najłatwiejszy. Pozwalał skoncentrować myśli i zachować pozory dokonywania realnego wyboru.

Postawiłam na Warszawę. Dostałam staż w Polskiej Agencji Prasowej. Dla osoby która też miała specjalizację redaktorsko – medialną wydawać by się mogło że to po prostu cud. I pewnie tak by było gdyby nie okazało się, że staż mogę odbyć i owszem, ale miejsce jest w dziale marketingu :OO! Nie mając na dany moment innego wyboru, możliwości i środków zdecydowałam się, że zobaczę co to w ogóle to jest ten marketing. I ten marketing naście lat temu zupełnie inaczej wyglądał niż teraz. I tak uczyłam się tego MARKETINGU, odnosząc mniejsze i większe sukcesy w tym zakresie. Po 3 latach pracy tam przyszedł jednak czas żeby podjąć decyzję, czy wybieramy z Piotrem Rzeszów czy Warszawę. Nie wchodząc w kwestie polityczne instytucji Państwowej jaką jest PAP, mój dział stał pod znakiem zapytania i nie wiadomo było w którą stronę to się zmieni. To w znacznym stopniu przeważyło nad tym, że mieszkamy teraz w Rzeszowie. I cieszyliśmy się do momentu kiedy nasze osiedle nie staje się z dnia na dzień coraz większym „blokowiskiem”. A my zaczynamy mieć co raz większą potrzebę na przestrzeń i spokój. Pewnie za chwile przyjdzie pora na zmiany…

Ale wracam do pierwszych tygodni po przeprowadzce do Rzeszowa. Dość szybko bo w przeciągu 2 tygodni znalazłam pracę w 2 miejscach i musiałam podjąć kolejną decyzję – którą posadę wybiorę. Obie były dalej związane z marketingiem. I tak, w tym kolejnym wybranym miejscu pracowałam prawie 7 lat. Trafiłam na moment kiedy mogłam rozwijać się razem z firmą. Przyszedł jednak czas kiedy wszystko związane z moim rozwojem się zatrzymało. Czułam, że to nie jest już miejsce dla mnie, ale obawiałam się zmiany. Właśnie zmiany. Tu był etat, ciepła posadka, wszystko znane, mimo, że w ciągu 4 lat kilkakrotnie zmieniłam stanowisko bo i zmieniła się sama firma. I nie umniejszam tu w żadnym wypadku pracy na etacie, bo znam wiele osób, które lubią taką formę pracy i się w niej świetnie odnajdują. Ja czułam, że to nie dla mnie, ale… Właśnie…Tu wszystko było mi dobrze znane, poukładany dzień pracy, od 8 do 16 tej, raczej bez pracy po godzinach, stała pensja (hmm…), ci sami ludzie, bardziej lubiani i ci mniej. I tak mijał dzień za dniem.

Piotr jako prowadzący swoją firmę przekonywałam mnie już wcześniej żeby robić „coś swojego”, a przynajmniej zajęcie zmienić na inną pracę. Jednak ten lęk przed zmianą był silniejszy. Być może teraz jesteś w podobnej sytuacji co ja wtedy. Z jednej strony czujesz silną potrzebę zmiany a z drugiej paraliżujący lęk przed zmianą. Ja postanowiłam pójść na studia podyplomowe. Wybrałam Coaching i NLP z myślą, że to będzie takie roczne szkolenie samej siebie. Nie myślałam wtedy, że będę pracować jako coach. W trakcie jednak słysząc informacje zwrotne, które dawały mi sygnał, że powinnam w to iść i znając też już techniki i sposoby pracy nad sobą, żeby świadomie podejmować decyzje, żeby nie obawiać się zmiany, podjęłam to wyzwanie. I do tego momentu moje życie było właśnie na poziomie tych 30%, bo ciągle bałam się zmiany, tego być może większego wysiłku. Umysł podpowiadał, to nie dla Ciebie, przecież sobie nie poradzisz, dobrze jest jak jest, a co będzie jak się nie uda.

Z tymi 30% naszych możliwości to jest też tak jak z nawykami. Raz przekroczone nie dają wcale efektu raz na zawsze, nie oznacza to, że te myśli nie powracają, że już zawsze jest odwaga do przekraczania granic swoich możliwości zarówno tych fizycznych a także a może przede wszystkim umysłowych. Za każdym razem jest jednak łatwiej samego siebie przekonać i powiedzieć do siebie: Działam.

W tym wszystkim pomógł mi trening mentalny, a dokładnie Akademia Trenerów Mentalnych, na którą poszłam już z pełną świadomością co chcę robić. Teraz, aby robić to skuteczniej potrzebowałam nowoczesnych technik do pracy z klientem. Trening mentalny to było nie tylko zdobywanie wiedzy o tym jak można pracować z klientem na sesji, jakie techniki zastosować, to była głównie praca nad sobą. Jeśli samemu nie ma się przepracowanych swoich tematów, to niestety nie osiągnie się zamierzonych efektów w późniejszej już rzeczywistej pracy.

W trakcie Akademii pojawiło się po raz kolejny moje 30%. Pomysł na swój biznes. I oczywiście milion myśli. Raz, że to świetny pomysł potem, że to nie dla mnie bo przecież ja nigdy prowadziłam firmy i takie ciągłe przeskakiwanie z myśli na myśl. Tak jakbyś jechał samochodem, myślisz już że możesz wyprzedzić samochód jadący wolno przed Tobą a tu z naprzeciwka coś jedzie i musisz wcisnąć hamulec. I tak co chwila – rozpęd – STOP – rozpęd – STOP – rozpęd – STOP.

W końcu jednak nabrałam rozpędu założyłam swoją firmę – MINDWORK biuro coworkingowe. WOW! Początek nie był taki jak sobie to wymarzyłam. Ze względu na termin rozpoczęcia działalności wynikający z dokumentów dotacyjnych musiałam zacząć w czerwcu. Jak się okazało – nikt wtedy nie myślał o wynajmie biurka, o konferencjach. Cisza. Od października zaczęło się rozkręcać i z miesiąca na miesiąc szło co raz lepiej. Po początkowych kiepskich miesiącach widać było jak nabieram wiatru w żagle, jak ta droga przede mną robi się coraz szersza, bezpieczniejsza, sprzyjała rozpędzeniu się. A tu COVID – 19 . No i …szkolić nie mogę, wynajmujący oczekują (i nie ma w tym nic dziwnego) rabatów, niektórzy rezygnują bo padają im biznesy, sali na szkolenie wynająć nie mogę bo jest zakaz zgromadzeń. Znowu mogę trzymać się tej metafory jazdy samochodem. Kiedy już jesteś rozpędzony, delektujesz się drogą, zastanawiasz się gdzie możesz pojechać, co jeszcze ciekawego robić, przed Tobą tworzy się ogromny korek, bo był wypadek. I właśnie nie z Twojej winy ale skutecznie zablokowało Twoją jazdę. I teraz są dwie możliwości – możesz siedzieć w tym samochodzie, rzucać „piękne” słowa, wściekać się itp. Tylko co to da? Poza chwilowym rozładowaniem emocji, zanim przyjdzie kolejna fala, to pewnie nic. Czy nie lepiej w tej sytuacji zastanowić się czy nie ma objazdu, innej drogi, która zaprowadzi Cię do celu albo czy nie ma obok ludzi, którzy są w podobnej sytuacji i może stworzą się jakieś wspólne projekty? W tym codziennym życiu jest tak samo. Nie ma sytuacji stresowych samych w sobie, z założenia. To my im nadajemy takie znaczenie.

Gdyby tak rzeczywiście było to wszyscy stresowalibyśmy się tym samym. A czy tak jest? Czy każdy stresuje się np. wstąpieniami publicznymi? Wydaje mi się, że nie. Zastanów się czy Ty z partnerem/ partnerką tym samym zawsze się stresujecie? Czy nie jest tak, że kiedy jedna strona mówi, że czymś się stresuje (a to do Twoich stresorów akurat nie należy) w Twojej głowie pojawia się myśl: czym on/ona się stresuje, przecież to nic takiego, to czym ja się stresuje, to dopiero coś. Czy nie jest tak? I sytuacja z COVID-19 pokazała właśnie w jak odmienny sposób możemy reagować na to samo. I nie będzie to ocena, kto lepiej, a kto gorzej. Chodzi o to jakie podejmujemy decyzje. Czy w tym wszystkim skupiliśmy się na wkurzeniu na to, że prawie wszystko jest pozamykane, że to co było do tej pory dozwolone, teraz jest zakazane?

Czy też powiedziałeś do siebie akceptuję i DZIAŁAM w możliwy i bezpieczny dla siebie i innych sposób? Wszystko jest to kwestia wyboru.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *