Blog

Do punktu, w którym jesteś zawsze prowadzi określona droga

Przez długi czas wydawało mi się, że dla mnie ważna jest przede wszystkim praca i że będę mega szczęśliwy jeśli kiedyś zbuduję ogromną kancelarią prawną. Strasznie dużo energii w to włożyłem z większymi lub mniejszymi sukcesami, ale jednak efektu skali kilkudziesięcioosobowej kancelarii nie osiągnąłem aż do dnia kiedy piszę te słowa. Wykluczam też raczej żeby stało się tak w najbliższym czasie.

Z drugiej strony jednak, kiedy wchodziłem już pełną parą w tak zwaną „dorosłość” to nie do końca natomiast potrafiłem odnaleźć się w życiu rodzinnym. Chyba jest w nim za mało „tasków”, „dedlajnów” i „tudolist” co przez długi czas stwarzało mi problem i pewnie dalej nie jest dla mnie łatwe.

Z perspektywy czasu widzę jednak, że takie podejście ma dość „krótkie nogi” i chociaż w dalszym ciągu lubię obszar, w którym działam – choć ze słyszenia wiem, że są nawet tacy, którzy stawiają tezę, że prawo wcale nie jest aż takie sexy – a do tego jeszcze bardziej lubię rozwijać własną firmę to jednak wiedzę też, że postawienie w życiu tylko na tę „kartę” jest być może rewelacyjnym rozwiązaniem ale nie koniecznie dla wszystkich. Innymi słowy, pod warunkiem, że jest się Elonem Muskiem, albo co najmniej ma się taki charakter jaki chce on tak mocno eksponować to z pewnością powinniśmy skupić się wyłącznie na pracy. Jeśli jednak czujemy niekiedy, że jednak cieszą nas też nieco mniejsze rzeczy niż te, które mają na celu zmienić świat to warto się chwilę nad tym wszystkim zastanowić.
Droga do zrozumienia tego była jednak dość długa i wcale nie prosta. Żebyś miał jej jaki taki obraz to pozwól, że Ci ją nieco przybliżę. Mógłbym od początku, ale może kiedyś przyjdzie na to czas. Teraz skupię się na kilku ostatnich latach.

Pod koniec 2017 roku byłem już tak wkręcony we wszystkie sfery zawodowe, że bardzo mocno zaczęło mnie to obciążać psychicznie. Wiadomo, obecnie chyba każde zajęcie jest na dłuższą metę obciążające psychicznie, a pasma sukcesów to możemy co najwyżej znaleźć na swoich „ścianach” w social mediach, ale u mnie był to początek wypalenia zawodowego, a przynajmniej tak to czułem. Było to o tyle przedwczesne, że pracowałem w swojej branży dopiero 10 lat, chociaż jakby chcieć te 10 lat zamienić na 8 godzinne dni pracy to pewnie mógłbym jeszcze dalej „zamieniać” nadgodziny na dni wolne, bo żaden pracodawca przy zdrowych zmysłach nie wypłaciłbym mi dodatku za nadgodziny nie będąc do tego całkowicie zmuszonym.

Co ciekawe, nie mogłem nawet narzekać na brak urozmaiceń w mojej ścieżce zawodowej, bo w trakcie tych lat kilka razy zmieniałem to czym się zajmuje tak w kontekście specjalizacji, jak i zmieniłem pozycję w firmie, którą przyjmowałem. Pierwsza kwestia jest tu mniej ważna, a co do drugiej powiem tylko, że zaczynając od pracownika w firmie, przechodząc przez prawnika w Kancelarii, „skończyłem” na założeniu swojej Kancelarii (która piszę wielką literą, bo i włożyłem w nią niezmiernie dużo czasu i energii), którą prowadzę do dzisiaj i mogę powiedzieć, że czuję się w niej całkiem dobrze.

Pozornie więc wydawałoby się, że w tym 2017 r. wszystko było dobrze, ale wypalenie zawodowe zbliżało się jednak dużymi krokami. Jakoś tak się to wszystko potoczyło, że trochę wcześniej trafiłem na podcasty i z miesiąca na miesiąc czułem co raz większą „presję” na to, żeby wystartować ze swoimi. W końcu to zrobiłem i początkiem lutego – nomen omen przez przypadek – opublikowałem pierwszy z nagranych przeze mnie odcinków podcastu Prawo dla Biznesu. Nie byłem ani pierwszym podcastującym prawnikiem, a co więcej na tamten czas to na 100% mój podcast nie był najlepszy. Jakoś tak się jednak stało, że zaczął zyskiwać na popularności.

Podcast dał mi pierwszą „odskocznie” i myślę, że był dobrym początkiem do obrania bardziej konkretnego kierunku rozwoju, chociaż gdy przejrzysz kilka pierwszych jego odcinków to raczej nie zobaczysz w nich żadnej „myśli przewodniej”. Niemniej jednak, „zadział się” podcast i dzięki temu poczułem oddech od tej strony mojej pracy i biznesu, która zaczynała mnie „pożerać”, czyli od pracy merytorycznej. To jednak nie było wystarczająco dużo. W dalszym ciągu mocno skupiałem się na pracy i raczej miałem poczucie, że dalej robię to zbyt mocno nie w tych konkretnie kierunkach, które mnie interesowały. Choć w dalszym ciągu powątpiewam, czy w biznesie prawniczym – przynajmniej tym „klasycznym” – da się działać wyłącznie zarządczo to niewątpliwie mam pewność, że nie trzeba w nim działać w ramach mocno rozwiniętego mikromenadżmentu. Co może nie jest do końca możliwe do wyjaśnienia, a przynajmniej dla mnie ale od tego ostatniego nieco odszedłem właśnie dzięki podcastowi, a to dało mi pewną przestrzeń do dalszych poszukiwań.

W ramach tych poszukiwań, wraz z końcem 2019 r. pojawił się pomysł mojej żony żeby wziąć udział w pewnym wyzwaniu, w ramach, którego miała być między innymi codzienna aktywności fizyczna i to przez AŻ 40 minut. Nie widziałem ani jak „aż tyle czasu” ulokuję w swojej czasoprzestrzeni, ani jak to zrobić żeby uprawiać sport i to nieprzerwanie przez aż 40 minut, ale …. No dobra, Aga – choć raczej to nie był jej zamysł – „wjechała mi na ambicję”. Zacisnąłem zęby i 1 stycznia 2019 r. pierwszy raz od wielu lat poszedłem biegać. O tym jednak więcej w następnym wpisie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *